WITOLD ROWICKI - KIEROWNIK ARTYSTYCZNY I SZEF ORKIESTRY FILHARMONII NARODOWEJ
(zdjęcia i teksty związane z jubileuszem Filharmonii — wewnątrz numeru)
Fot. Jacek Sielski
\r 46 ilólfll * Kok XXXI * Warszawa, 14 listopada 1976 r. * Cena 3 zl
ŻYCZENIA
DLA „STOLICY"
DNIU JUBILEUSZl
„Życzeń jubileuszowych nie mogę sformułować inaczej niż to zro bili poprzednicy w dziennikarskim fachu — Rzymianie: Quod bonum faustum, felix fortunatom que sit stolica"... — pisze w swym liście do redakcji Roman Kołodziejczyk.
Takich i innych życzeń nadesłanych z okazji jubileuszu 30-lecia istnienia pisma otrzymaliśmy bardzo wiele. Za wszystkie — składane indywidualnie, w imieniu instytucji, przedsiębiorstw, organizacji spo­łecznych, wydawnictw i redakcji — najserdeczniej dziękujemy.
O naszym święcie pamiętało wiele instytucji społecznych, towa­rzystw i organizacji min. od Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Brwi­nowa — „Wielce Szanowny Pan Redaktor wraz z całym Zespołem zechcą przyjąć od członków regionalnego Towarzystwa wraz z wy­razami prawdziwego uznania i sympatii gorące staropolskie STO LAT"; od Zarządu Towarzystwa Miłośników Historii — „Wiele ser­decznych życzeń z okazji miłego jubileuszu"; od młodzieży Szkoły Podstawowej w Woli Gutowskiej — „Życzenia pomyślności i dalszych sukcesów", a od Społecznego Komitetu Autostop „Życzenia powo­dzenia w pracy zawodowej, społecznej i w życiu osobistym (...) wraz z podziękowaniami za dotychczasową miłą współpracę".
Wiele telegramów nadeszło od różnego rodzaju zespołów artystycz­nych. W imieniu „Mazowsza" „...pozdrowienia z okazji pięknego ju­bileuszu..." przesyła Mira Zimińska-Sygietyńska a w imieniu zespołu Teatru Polskiego „„.długich lat pięknej służby naszemu Miastu.." życzą Andrzej Krasicki i August Kowalczyk. „Podwieczorek przy mi­krofonie" zasyła „...dużą buźkę...", a „Gawęda" i Poznański Chór Chło­pięcy przekazują „...najserdeczniejsze życzenia z okazji...".
la ręce Redaktora Naczelnego życzenia listowne przesyła również jpwnik Urzędu do Spraw Wyznań minister Kazimierz Kąkol: Okazji ukończenia 30 lat życia — przepięknej i dobrej pracy dla Warszawy składam najserdeczniejsze gratulacje. Jesteś „Stolico" ^przyjacielem, pomocnikiem, przewodnikiem setek tysięcy mieszkań­ców Warszawy i milionów Polaków.
* Przesyłam Ci najlepsze życzenia. Żyj długo i pozostań wiecznie młoda, tak jak nasze Miasto, któremu tak wiernie służysz."
W imieniu własnym i Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej w Warszawie pisze Komendant Stołeczny MO gen. bryg. Antoni Fry­del: „Stolica" — pismo ściśle związane ize współczesnym życiem i hi­storią Warszawy, od początku cieszy się zasłużonym uznaniem i po­pularnością. W wielkim stopniu przyczyniły się do tego cenne ini­cjatywy społeczne i kulturalne, podejmowane na rzecz naszego mia­sta przez Zespół Redakcyjny."
Dyrektor Przedsiębiorstwa Domy Towarowe Centrum" — mgr Te­resa Lewtak-Statuer życząc pismu „Najlepszych osiągnięć w dalszej działalności publicystycznej" pisze: „Ukazujące się na łamach „Sto­licy" publikacje dotyczące historii i dnia dzisiejszego Warszawy, jej mieszkańców i problemów związanych z życiem kraju zyskały sym­patię i zainteresowanie całego społeczeństwa".
Natomiast naczelny plastyk Warszawy Stanisław Soszyński w ten l sposób formułuje swoje życzenia: „Stolicy" z podzięką za 100 lic sto­licy".
Otrzymaliśmy także życzenia od (pracowników III Oddziału PKO Rotundy, Biura Projektów Budownictwa Komunalnego „Stolica" i Dy­rekcji Ośrodka Kultury Czechosłowackiej w Warszawie, jak również telegramy gratulacyjne od dyrekcji i zespołów: PKP Polres, MPO i Kliniki AM — prof. Wesołowskiego.
Listów i telegramów, które nadeszły od osób „najzupełniej prywat­nych" nie sposób tu wszystkich — choćby we fragmentach — wy­mienić. Za pamięć dziękujemy. Im wszystkim jak również Halinie Auderskiej, Romanowi Rogowskiemu, Irenie Kobierzyckiej-Wituń-skiej, Leszkowi Prorokowi, Ignacemu Gogolewskiemu, Janowi Swider­skiemu, Marii i Stefanowi JeUentom, Antoniemu Gronowiezowi, Nelly Strugowej, Karolinie Beylin, Wandzie Bacewicz, Janinie Pietron, Fe­licji Ciecierskiej, Jadwidze Łopieńskiej i wielu innym.
Dziękujemy również za pamięć wszystkim związanym z prasą in­stytucjom i osobom: Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej Prasa-Książka-Ruch, w której imieniu prezes Stanisław Mojkowski przesy­ła „Serdeczne gratulacje i życzenia"; dyrektorowi Antoniemu Kluz-kowi i pracownikom Naszej Drukarni za życzenia „Popularyzacji wie­dzy . i przywiązania całego narodu do naszej wspaniałej stolicy"; „Trybunie Ludu", „Życiu Warszawy", „Expressowi Wieczornemu", „Kurierowi Polskiemu" i „Tygodnikowi Demokratycznemu" za za­mieszczenie ciepłych notatek o działalności naszego pisma; Agencji Prasowej Novosti i jej szefowi w Polsce — Michałowi Antipowi za słowa „W imieniu całego naszego Zespołu sukcesów w dalszej pra­cy..."; Jerzemu Klechcie i Zespołowi „Radaru" za „Życzenia 100 lat oraz dalszej pomyślności i satysfakcji przy robieniu tak dobrego pisma..."; ,Kontynentom" za list, w którym czytamy: ,yWy piszecie
0 jednym mieście, my o całym świecie, ale to jedno miasto zajmuje zawsze najwięcej miejsca w naszych sercach" oraz Redaktorom Na­czelnym i Zespołom: „Magazynu Rodzinnego", „Prawa i Życia" i „Fundamentów".
Wiele uroczych chwil rozmowy spędziliśmy z tymi, którzy telefo­nowali lub przyszli osobiście pogratulować nam „podeszłego wieku". Wśród miłych gości znaleźli się: Minister Handlu Wewnętrznego Al­bin Kostrzewski, Redaktor Naczelny „Kuriera Polskiego" Cezary Le-żeński, Redaktor Naczelny „Expressu Wieczornego" Michał Woje­wódzki, Dyrektor Pracowni Sztuk Plastycznych Henryk Urbanowicz
1 prof. Eugeniusz Eibisch oraz delegacja Polskich Linii Lotniczych „LOT" z dyrektorem Mariuszem Zakrzewskim na czele. Dziękujemy — i zapraszamy częściej...
Na zakończenie szczególnie serdecznie chcieliśmy podziękować oso­bom pamiętającym w tak uroczystej dla nas chwili o wieloletnim na­szym koledze Marku Sadzewiczu.
„STOLICY" GOŚCIEM NA RATUSZU
3 listopada 1976 roku, w 30 rocznicę ukazania się pierwszego numeru „Stolicy" gościł na Ratu­szu zespół redakcyjny, podejmo­wany przez członka Biura Poli­tycznego KC, przewodniczącego Stołecznej Rady Narodowej, I se­kretarza Komitetu Warszawskie­go PZPR — Józefa Kępę. W spot­kaniu uczestniczyli również Pre­zydent m.st. Warszawy — Jerzy Majewski i I zastępca Ministra Kultury i Sztuki — Mieczysław Wojtczak oraz sekretarz KW PZPR — Jolanta Matuszewicz, kier. Wydz. Propogandy KW PZPR — Czesław Rowiński i Wi­ceprezydent m.st. Warszawy — Stanisław Bielecki.
Podczas spotkania Józef Kępa w serdecznych słowach zwrócił się do zespołu:
„W imieniu egzekutywy Komitetu Warszawskiego Partii, Rady Narodowej m.st. Warszawy, Urzędu Miasta, towarzysza Prezydenta, chcę wszystkich przywitać i po­wiedzieć, że jesteśmy bar­dzo radzi, że z okazji Wa­szego pięknego Jubileuszu możemy was gościć, spotkać się z wami i powiedzieć, że bardzo szanujemy i cenimy działalność tygodnika „Stoli­ca" — jak pamiętam, przed-rm nazywała się „Skarpa"
— która przez wszystkie lata Polski Ludowej tak mocno zaznaczała swoją obecność w życiu społeczno-politycznym i kulturalnym kraju, a zwła­szcza stolicy Polski Ludowej, Warszawie. Wielkie zasługi ma cały zespól i jego kierow­nictwo. Byliście inicjatorami wielu ważnych przedsięwzięć społecznych, kulturalnych, i gospodarczych, no a my — jak potrafiliśmy, przy róż­nych okazjach staraliśmy się dawać wyraz naszemu do was stosunkowi.
I dziś z okazji tego piękne­go jubileuszu chciałem wszy­stkim pracownikom, współ­pracownikom zespołu redak­cyjnego, serdecznie podzię­kować za dotychczasowy wkład pracy i wyrazić na­dzieję, że także w przyszłości „Stolica" będzie dobrze słu­żyła Polsce, stolicy i jej par­tyjnej organizacji.
Wśród wielu zasłużonych pracowników „Stolicy" szcze­gólne słowa uznania należą się Waszemu naczelnemu re­daktorowi, towarzyszowi Le­szkowi Wysznackiemu, który wiele lat kieruje pracą redak-
SERDECZNE DZIĘKI
składamy wszystkim naszym Przyjaciołom i Sympa­tykom, którzy w dniach Jubileuszu 30-lecia powsta­nia „Stolicy" pospieszyli z gratulacjami i życzenia­mi dla Zespołu Redakcyjnego.
Zespół Tygodnika „Stolłca"
2
Zespól „Stolicy" (od lewej): Eugeniusz Boczek, Waldemar Smiałowski, Krystyna Krzyżakowa, Stanisława Kalicka, Franciszka Gryko, Wanda Stukonis, Leszek Wysznacki, Jacek Sielski, Janina Ramm, Stanislaw Majewski, Ewa Dobrowol­ska, Barbara Ubysz, Janina Tesławska, Krystyna Iwaszkiewicz, Marta Filipczak, Krystyna Kolińska, Konstanty Jarochow*ki
cji, nadaje pismu określony, ideowy, polityczny kształt i którego cała droga życiowa — w czasie okupacji był żoł­nierzem Armii Ludowej, po wyzwoleniu pełnił odpowie­dzialne funkcje, kierował „Expressem Wieczornym" — świadczy, że zawsze dobrze, z oddaniem, służył Polsce so­cjalistycznej, partii i naszej stolicy.
Dziękujemy, a te odzna­czenia, które zaraz zostaną wręczone, zechcijcie przyjąć jako wyraz najwyższego dla was uznania".
Spotkanie było okazją do wy­miany uwag % opinii na temat „Stolicy" — zebraliśmy wiele pochwał i serdecznych słów uz­nania. Redaktor Leszek Wysz^ nacki podziękował Komitetowi Warszawskiemu partii za cenną pomoc dla pisma oraz podkreślał, że „Stolica" — tak jak dotych­czas — będzie nadal na swoich lamach pielęgnować i kształto­wać te wartości, które decydują o sukcesach warszawiaków i wszystkich Polaków, a więc po­stawy aktywne, zaangażowane, ideowe i patriotyczne.
Najstarsi i zasłużeni pracowni­cy „Stolicy" otrzymali odznacze­nia: Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski: Stanisława Kalicka — kierownik admini­stracji i Waldemar Smiałowski — dziennikarz, kierownik działu miejskiego; Srebrne Krzyże Za­sługi: Eugenia Laskowska — ma­szynistka, Janina Tesławska — korektorka i Barbara Ubysz ■— dziennikarka; odznaki „Zasłużo­nego Działacza Kultury": Kon­stanty Jarochowski — fotorepor­ter, Krystyna Krzyżakowa — dziennikarka, zastępca kierowni­ka działu miejskiego, Stanisław Majewski — publicysta i Leszek Wysznacki — redaktor naczel­ny.
W imieniu odznaczonych po­dziękowanie złożyła Stanisława Kalicka.
Redokcja
Od prawej: Józef Kepa, Mieczy­sław Wojtczak, Jerzy Majewski, Stanislaw Bielecki, Czesław Ro­wiński i Leszek Wysznacki
Odznaczeni pracownicy „Stolicy" (od lewej): Stanisława Kalicka. Waldemar Smiałowski, Eugenia Laskowska, Janina Tesławska, Bar­bara Ubysz, Konstanty Jarochow­ski, Krystyna Krzyżakowa, Stani­slaw Majewski i Ijeszek Wysznacki
5
trzeba by uznać za falsyfikaty. Zresztą nikt tu nikogo nie usi­łuje wprowadzać w błąd, nie czerpie szczególnych osobistych korzyści z naśladowania. Profe­sor Jan Zachwatowicz, człowiek, który i przy odbudowie Zamku ma sporo do ipowiedzenia, stwier­dził kiedyś nie bez melancholii: „Sama rekonstrukcja jest w kon­serwatorstwie zjawiskiem ujem­nym, największą wartość ma au­tentyk, który w Warszawie czę­sto ustąpił kopii". Ale świat na­ukowy, uwzględniając dramatycz­ną motywację i mistrzostwo re­alizacji, zaakceptował w końcu
 choć nie bez oporów -- me­todę totalnego restytuowania zniszczonych, spopielonych za­bytków.
Ogromna większość z tysięcy osób, wznoszących i wypełniają­cych wspólnie dużą budowlę na wiślanej skarpie, ma świadomość uczestniczenia w czynie jedy­nym, sprawiedliwym, akcepto­wanym i podziwianym przez mieszkańców całego kraju — w czynie historycznym. Nie mają nieczystego sumienia fałszerzy, są dumni ze swego wysiłku przy­wracania narodowi jego sym­bolu.
Zamek Królewski powstawał przez wieki. W swym końcowym kształcie, przed zniszczeniem, był manifestacją niezwykłego smaku i poczucia artyzmu ostatniego króla Polski; można strawesto­wać czyjeś powiedzenie: „Wło­chy miały renesans, Niemcy re­formację, Polska — Stanisława Augusta Poniatowskiego". Zada­nie rekonstrukcji budynku jest wyjątkowo trudne. Wymaga mo­bilizacji woli, sił i zdolności fa^ chowców wysokiej klasy. Liczny oddział kamieniarzy, snycerzy, pozłotników, artystów malarzy i artystów rzeźbiarzy, i sztukato­rów, przedstawicieli paru tuzi=-nów profesji, uruchamia swą wy-r obrażnię lub po prostu ręce, by
 jak na wielkim seansie spi­rytystycznym ■— wywoływać du­cha historii i tradycji. Wysiłek jest tak ogromny, że przypomi­na się znana złota myśl; „Tra-* dycja jest tyranią uprawianą przez umarłych nad żywymi".
Dają się tyranizować nje bez wyraźnej przyjemności:
—■■ Co Zamek, panie, to Za-r mek!
 Przecież pamiętam, jak się palił.,.
 Jego zniszczenie miało być gwoździem do polskiej trumny. Dlatego trzeba go znowu posta­wić.
Ci, co pamiętają czarny dym nad zamkową wieżą, samoloty nurkujące nad dachami, ledwie wystygłe ruiny w roku 1945 — ci mają zadanie ułatwione: zwią-
zek uczuciowy istnieje, stanowi siłę napędową działania zarów­no koncepcyjnego, jak manual­nego. Młodsi — jest ich na Zam­ku ogromna większość — czują, że dzieją się tu rzeczy ekstra-ordynaryjne, ale mało który po­trafi obudzić w sobie emocje tamtej kategorii. - Jak w życiu: grobem na cmentarzu opiekują się prawie wyłącznie ci, co pa­miętają zmarłego...
Nie należy twierdzić, że ów podział przebiega precyzyjnie wzdłuż granicy .pokoleń. Że star­si przyszli tutaj przede wszyst­kim z miłością, a młodzi dla pie­niędzy. Spotkałem na Zaniku starego, który tylko o zarobkach prawił, i młodych zafascynowa­nych wyłącznie niemal wykony­waną funkcją. Zresztą, po co rozszczepiać włos na czworo, w końcu jest to przede wszystkim praca zarobkowa, z której się żyje. A że przy okazji dla nie­których może ta robota stanowić wyznanie miłosne, to już inna sprawa.
W tym miejscu pytanie; czy odbudowano by Zamek za trzy­dzieści czy piętnaście lat? Czy znalazłby się jeszcze taki stary cieśla, który potrafiłby wykonać szkielet gotyckich sklepień? Czy stawiliby się następcy wspania­łych i ofiarnych rzemieślników, jak stolarz konserwator Jan Krawczyk, po zło tnik Stanisław Bednarski, ramiarz " Zygmunt Dzierla?
Być może postęp techniczny czyni cuda, a ludzi zdolnych w tym kraju nigdy nie brakowało. Ale byłaby to odbudowa dziw­nie bezduszna, nikogo nie inspi­rującą. Zresztą, może i o sauną decyzję byłoby wtedy trudniej?
Zamek ma priorytet moralny i materialny. Wiadomq: tu ßie może być rzeczy złych lub oa-> wet średnich, matepiałów wątpli­wej jakości, substytutów. Nie może być także — to ważne! **» rzeczy wyraźnie lepszych od. tych,' które już istniały; jeżeli jakieś kolumny można by zro= bić z marmuru, a były ze stiuku, przywraca się je, w postaci stiu-r ku. Tylko ukryte dla oka 'figiel­ki cywilizacji, aparatura klima­tyzacyjna czy instrumenty infor­matyki, zostały łaskawie dopusz­czone.
I jeszcze jedno: wiele przed­miotów i detali dałoby się wy­konać w całości na nowo, ale umówiono się, że każdy ocala­ły szczegół, strzęp cudem zacho­wany, będzie umieszczony na swoim miejscu; w girlandach or­namentów ściennych wmontowy-wane są wszystkie te kawałki, co przetrwały ogień i zniszcze­nie, choć taniej i wygodniej by­łoby niczego nie łatać, a robić
Fragment ekspozycji w Bibliotece Królewskiej, na ścianie „Alegoria Męstwa", płótno to ozdobi jedną z supraport w Sali Audiencujnej. Fot. Henryk Jurko
OLGIERD BUDREWICZ
PANOWIE NA ZAMKU
Kto z nich przejdzie do histo­rii? Które nazwisko upamiętni się na zawsze? Czy Zamek w swym nowym wcieleniu będzie dzie­łem kolejnych Fonitanów, Merli­nich, Kamsetzerów, Bacciarel-lich, Le Brunów? Jak ocenić działanie współczesnych twór­ców tego obiektu? W ogóle — kim są, skąd przybyli, co sądzą o swej ipracy ?
Stwierdźmy od razu, że wszys­cy oni — współuczestnicy rekon­strukcji Królewskiego Zamku w Warszawie — dokonują zabie­gów artystycznych i rzemieślni­czych. A zatem nie będzie wśród nich Merlinich i Bacciarellich. Może trafiłyby się nawet talen­ty na tamtą miarę, nikt wszela­ko nie będzie ich wyzwalała bo­wiem powołano tu tych ludzi do kopiowania, a nie oryginalnych poszukiwań twórczych. Na dobrą sprawę, gdyby się w tym gronie trafił Leonardo, to by go trze­ba było przesunąć do admini­stracji.
A zatem wszystko, co robią, istniało już kiedyś, stanowiło owoc czyjejś pomysłowości, czy­jegoś geniuszu, poczucia barw i harmoniL
Kopiując, odtwarzają, rekon­struują. Uczestniczą w jednej z największych tego rodzaju akcji w historii sztuki. Mają moralne poparcie najszerszej opinii spo­łecznej.
To Picasso, jak gdyby w prze­widywaniu tego, co stanie się w Warszawie, zauważył: „Naślado­wanie jest koniecznością, kopio­wanie samego siebie — działa­niem patetycznym".
Nie ma wątpliwości, wielu z nich działa tutaj patetycznie, z głębokim wzruszeniem. Z pasją odtwarzają brakujące ogniwo w łańcuchu dziejów, wierzą w słuszność swojej roboty, za któ­rą stoją miliony Polaków.
Nikt nie kocha imitatorów, na­wet jeżeli przerastają zdolno­ściami mistrzów. Czy uzna ich się w przyszłości za twórców fal­syfikatu?
Można fałszować rzeźbę, obraz, znaczek pocztowy, banknot — nie można być fałszerzem całej dzielnicy miasta lub wielkiego -obiektu. Gdybyśmy nie zgodzili się co do tej zasady, ogromną większość sławnych katedr fran­cuskich — tyle razy w przeszło­ści palonych i niszczonych —
woną tkaninę do Sali Au-diencyjnej. W produkcji jest jeszcze kilka Innych tkanin.
Piękne tkaniny z „Ręko­dzieła Artystycznego" w Ło­dzi można oglądać m. in. na Wawelu, w Muzeum Narodo­wym w Warszawie, w Nie­borowie. Lidzbarku, a także w leningradzkim Ermitażu. Nad odtwarzeniem unikal­nych tkanin pracuje, często przez kilka lat, zespół spe­cjalistów historyków sztuki, technologów produkcji i tka­czy.
Po wykonaniu zamówienia dla Zamku spółdzielnia przy­stąpi do pracy nad tkanina­mi do pałaców w Rydzynie i Rogalinie.
„Rover" dla Zamku
Mgr inż. Mieczysław Haru-sewicz z Londynu przyjechał samochodem na urlop do Polski, a po zaznajomieniu
się z postępem prac przy odbudowie postanowił prze­kazać swój samochód do dyspozycji Zarządu Zamku. Jest to samochód marki „Rover-2000".
Uzgodniono z ofiarodawcą, że samochód zostanie sprze­dany na licytacji, a uzyska­na suma przejdzie na konto zamkowe. Główny Urząd Ceł zwolnił dar od opłat przy­czyniając się tym samym do powiększenia zamkowego fun­duszu.
Wpłaty z zagranicy
Z Australii: Komitet Odbu­dowy Zamku w Sydney — 345,70 funtów, Australijsko--Polskie Towarzystwo Kul­turalne w Adelaide — 158 doi. austr., J. Wendrenski — 20 doi. austr.. Towarzystwo Łączności Kulturalnej z Kra­jem z Melbourne — 26,80 doi. USA.
Z Kanady: Szkoła Polska im. W. Poci oskiego w Otta­wie — 27 doi. USA. Z USA: Halina Piętka z Dorchester — 26 doi., „Vi-stula' Trawel — Service w Nowym Jorku (od 18 ofiaro­dawców) — 50 doi. USA, Edmund M. Sokopp z Man­chester — 20 doi. USA, Zy­gmunt Czapliński z Nowego Jorku — 100 doi.- w obliga­cjach, Bronisław i Dorota Klim z New Britain — 200 doi. USA.
Z Norwegii: Towarzystwo Kulturalne „Polonia" w Oslo (od 6 ofiarodawców) — 240 koron norweskich. Ze Szwecji: Jan Biro (za pośrednictwem Ambasady PRL w Sztokholmie) — 25 koron szw.
Z Wielkiej Brytanii: Józef Moniński z Twickenham — 10 funtów Honoriusz Ka­niewski z Londynu — 10 funtów.
Z Francji: Tred Tal mus z Nicei — 20 doi. USA, Kon­sulat Generalny PRL W Pa­ryżu — 190 fr., Koło Uni­wersyteckie Studiów i Ba­dań nad Gaullizmem w Strasburgu — 73« fr., 50 DM i 10 doi. USA.
Stan kent
Na konto krajowe w PKO wpłynęło 561.536.C35.70 zło­tych.
Na konto dewizowe w Ban­ku PeKaO wpłynęło 681.794.03 dolarów.
Numery kont
Obywatelski Komitet Od­budowy Zamku Królewskie­go w Warszawie PKO I Oddział Warszawa Nr 1531-3030-132.
Oprocentowane konto de­wizowe Banku PeKaO Nr E-100-700.
Tkaniny z Łodzi
Łódzka Spółdzielnia „Rę­kodzieło Artystyczne" wyko­nała już część tkanin ada­maszkowych dla Zamku. Zre­konstruowano na podstawie zachowanego proporca czer-
Wszystko ab ovo. Chciałoby się powiedzieć: fetyszyzm. Ale nie, raczej wierność zasadzie polskiej szkoły konserwacji: uszanować wszystko, co jest autentyczne, óddmuchać, wypieścić, wstawić na swoje miejsce. I może jesz­cze (ale już całkiem po cichu): wierzyć w magię starych przed­miotów, w „infekowanie" przez nie otoczenia. Jeżeli zaś musi się już robić od nowa, to niech się to robi starą technologią — ludzie w Milanówku i Łodzi dziubią więc tkaniny ścienne sposobem z czasów króla Ćwiecz­ka, choć pewnie mają na pod­orędziu jakieś elektroniczne ma­szyny. Ktoś — zupełnie młody człowiek — utyskuje na kleje­nie drewna polioctanem winylu czy innym poliuretanem, a nie starym, wypróbowanym kostnym klejem stolarskim: „Czy za sto lat wszystkie te współczesne kle­je i żywice się sprawdzą? Czy nie należy brać tego, co wypró­bowane?".
Zamek jest największym w Polsce, może w Europie, poligo­nem rzemiosła artystycznego. Zbiegły się tu mistrze, liczące się w tym kraju. Ale i młodzież dobrała się osobliwie zdolna. Zdolna i — co równie ważne — myśląca.
Oto dwóch 27-latków, Andrzej Zubek i Tomasz Olszewski, przedstawiciele kilkunastoosobo­wej pracowni snycerskiej:
 Przyszliśmy z pytaniem na ustach; czy jest sens odbudowy­wać coś, czego, w ogóle nie ma? Przekonaliśmy się, że wiele zo­stało. Ocalała, co dla nas naj­ważniejsze, dokumentacja foto­graficzna, częściowo rysunkowa, plany.
 Rano budzę się i z radością biegnę do roboty. Tutaj mam najwspanialsze wzory, na któ­rych się uczę. Pięknie jest móc naśladować rękę starych mi­strzów,..
 Owszem, rozumiem, czym dla Polski jest Królewski Za­mek. Ale przede wszystkim wy­konujemy dobrą robotę, którą będą później inni oglądać. Nie chcemy być gorsi od Francuzów i Włochów, którzy tu tworzyli.
Naturalnie, nie pamiętają po­żaru Zamku. Patrzą chłodno na historyczne mury i historycz­ne wydarzenia. Mają świado­mość, że to niezwykła, jedyna może w życiu szansa. Ze ich ta robota nobilituje. „Pracowałem na Zamku, odbudowywałem Za­mek" — to będzie legitymacja na całe życie. Dzięki temu będą też pewnie lepiej zarabiać.
Mówiąc zupełnie między nami, wielu z nich — przede wszyst­kim starsi, świetni fachowcy — mogłoby już teraz mieć większe zyski, gdyby się nie zaplątało było w zamkowe afery. Ale: „Wciągnęło nas, sami nie spo­strzegliśmy, kiedy". Dodajmy: niejeden dał się wciągnąć z peł­ną premedytacją.
Ilu ich jest? Z kooperantami — tysiące. Tylko część pochodzi z Warszawy. Wielu działa w swoich odległych miastach, war­sztatach Krakowa i Tarnowa, fa­brykach Poznania i Bydgoszczy. Widoczni najlepiej są ci, co pra­cują na miejscu. Tworzą zespół dość niejednolity, przedziwnie amorficzny. Chodzą w pojedyn­kę, co najwyżej — w kilkuoso­bowych grupach. Najwyrażniej-szy podział występuje między tymi, którzy budują, a tymi, któ­rzy zajęci są wystrojem wnętrza. Gdzieś w swoich dziuplach sie­dzą sztabowcy, którzy całą ope­rację przygotowali (to oni, mię-
„Alegoria Sprawiedliwości' diencyjnej
malowidło M. Bacciarellego z Sali Au-Fot. Henryk Jurko
Dawna Sala Audiencyjna należała do aparta­mentu Stanisława Augusta Poniatowskiego, stan z 1920 roku Fot. IS PAN
dzy innymi, podjęli decyzję, ja­ki okres był dla Zamku najwar­tościowszy, i do którego należy więc nawiązywać). Niejako w tle, w głębokim cieniu, udaje się dostrzec niekiedy tych parędzie­siąt osób, które w latach wojny z wielkim poświęceniem ratowa­ły zamkowe skarby, zaczyn dzi­siejszej rekonstrukcji.
Przyglądam się starcom, któ­rzy w tym miejscu nad Wisłą
Zamek Królewski — stan z 197S r.
staczają jedną z ostatnich życio­wych bitew. Obserwuję pilną krzątaninę młodych chłopców, którzy — jako jedyni bodaj w ludowo-demokratycznej Polsce — noszą na ramieniu opaski i em­blematy z królewską koroną. Wyłaniają się z chaosu ruszto­wań i gruzu osobnicy różnego wieku i postury — tynkują, ma­lują, złocą, obrabiają kamienie, wygotowują supraporty, napra-
wiają spaczone drzwi, przywra­cają do istnienia gzymsy i co­koły, kleją, piłują, obstukują.
To są dziś ci prawdziwi pano­wie na Zamku. Zanurzeni po uszy w historycznych starociach, przywracają życie obrazom na­szej speJtryfikowanej wyobraźni. Przypominają się słowa Chester-tona: „Tradycja nie oznacza, że żywi umarli — tradycja dowo­dzi, że umarli żyją".
Fot. Janusz Pokorski
ERYK LIPIŃSKI
POWIŚLE PRZED STU LATY
Do warszawskiej dzielnicy zwanej Powiśle mam wielki sen­tyment, była to (bowiem dzielni­ca miasta, w której zamieszka­łem z rodzicami' po powrocie z Moskwy w roku 1922 a nasz adres brzmiał: Solec 89. W tym miejscu stoi od lait budynek szpitala a przez tereny moich zabaw dziecięcych przebiega wiadukt kolejowy. W tej dziel­nicy poznawałem się z Warsza-wą, jej mieszkańcami i obycza­jami. Kiedy nasz dom miano ro­zebrać musieliśmy się wypro­wadzić, ale po latach znów za­mieszkałem na Powiślu, tym ra>-zem przy ulicy Smulikowskiego 7 (obecnie Spasowskiego) skąd bli­sko miałem do mej uczelni, Aka­demii Sztuk Pięknych.
Powiśle było zawsze dzielnicą bardzo interesującą i dziś kiedy przecinają ją dwie wspaniałe ar­terie. Trasa Łazienkowska i Wi­słostrada, wanto przypomnieć jak tam wyglądało życie sto lat te­mu.
Przed paruset laty Wisła zmie­niła swe koryto i rozdzieliła Sa­ską Kępę od Powiśla, które od tego czasu stało się miejscem skąd przeprawiano się na Saską Kępę. Nie była to początkowo okolica bezpieczna, ale już w po­łowie ubiegłego wieku, Powiśla-nie szczycili się, że od kilkuna­stu lat nikogo tam nie zabito* i można chodzić bezpiecznie, bez bront
Mieszkańcami Powiśla byli lu­dzie związani z Wisłą i żeglugą. Ojcowie już swych kilkuletnich synów uczyli robić wiosłem i wylewać szuflą wodę z łodzi. A kiedy chłopcy podrastali, zabie­rali ich na połów ryb i do pra­cy przy wydobywaniu żwiru. Po
tym przeszkoleniu mogli zostać przewoźnikami, łapaczami, Szur­kami lub miernikami, bo tak na­zywano zawody uprawiane przez Nadwiślaków.
Przewoźnik zajmował się prze­wożeniem pasażerów na Saską Kępę w łódkach wyżłobionych z pnia topoli lub w czółnach zbi­tych z bali sosnowych' lub jodło­wych. Podróżni siedzieli na de­seczkach zwanych siadankami, a wiosło oparte było o kołki wbi­te w brzegi czółna, czyli dulki. Czasami używano płóciennego żagla umieszczonego na maszcie na przodzde łodzi. Żagle były ozdabiane różnymi' napisami, no­siły, często imiona bożków np. Jowisza. Na jednym figurowała postać Kopernika z globusem w ręku, na drugim królował Jan III Sobieski, na innym znów wymalowana była piękna dziew­czyna'. Na boku jednego z tych statków umieszczony był napis: „omnibusz eóropejszki".
Statki te zabierały jednorazo­wo kilkadziesiąt osób, które za przejazd płaciły po 5 groszy. Ale panowie noszący kapelusze pła­cili drożej, po 10 groszy albo i więcej. „Po uważaniu" przewoź­nika.
W lecie przewoźnicy zarabiali bardzo dobrze, a w jesieni i w zimie zajmowali się wydobywa­niem żwiru, piasku lub rybo­łówstwem, co było równie intrat­ne, jak przewoźnietwo. Ponieważ zawód ten wymagał pewnej ręki i trzeźwej głowy, toteż rzadko wśród przewoźników spotykało się nałogowych' pijaków.
Ryby łowiono sposobami roz­maitymi, a gruntówkę, czyli wędkę z haczykiem uwiązanym
Przewoźnicy Nadwiślańscy
Wyrobnicy Nadwiślańscy (Wereciarze i Fajeryki j
do szpagatu. W pewnej odległoś­ci od haczyka, przywiązywało się kamień lub kawałek żelaza a przeciwny koniec przyczepiało się do czółna i haczyk wrzucano do wody, Gruntówkę zarzucało się wieczorem a rano. wyciągało się rybę. Drugi sposób to łowie­nie na podrywkę, czyli do sieci przymocowanej do dwóch na krzyż złączonych pałąków. Do miejsca skrzyżowania pałąków była przytwierdzona żerdź słu­żąca do wyciągania podrywki. Żerdź 'ta była oparta o sochę, czyli drążek rozcięty na 'kształt wideł. Przynętą dla ryb były kawałki czerwonych, wełnianych nitek, które oszukane ryby bra­ły za robaki. Inny typ sieci to szufata, która była przywiązana do dwóch drążków stanowiących ze sobą kąty z przeciwległymi wierzchołkami. Przewoźnik sto­jąc w łodzi trzymał dwa wolne końce, sieć zanurzał w wodzie a płynąca łódź zgarniała po dro­dze ryby. Były też wielkie sieci zwane spustami obsługiwane przez kilku rybaków. U brzegu tej sieci zawieszano drewniane kołki, które nie pozwalały jej opaść na dno i spust zgarniał ryby z szerokiej przestrzeni. Ło­wiono też ryby w koszyki tzw. więcierze, ale był to sposób rza­dziej używany przez rybaków z Powiśla.
Dodatkowymi zajęciami wyko­nywanymi przez przewoźników było wyrąbywanie i zwózka lo­du oraz połów kawałków drew­na unoszonych na falach Wisły a pochodzących z dalszych oko­lic. Było to zajęcie bardzo nie­bezpieczne, bo najczęściej drze­wo spływało razem z krą lodo­wą.
Najbardziej doświadczeni, zrę­czni i silni przewoźnicy, praco­wali jako piloci rzeczni, łapacze, pływający w długich z jednego pnia wyżłobionych łódkach to­polowych. Do ich zadań należało wprowadzanie do przystani tratw i obładowanych zbożem galar. Była to praca ciężka i niebezpieczna, ale płatna bardzo dobrze, bo łapacz wiele ryzyko­wał; jeśli np. zerwała mu się li­na do tratwy lub galary przy­wiązana tracił około tysiąca ówczesnych złotych, co było kwotą poważną.
Kiedy galara znalazła się już w porcie, przenoszeniem zboża do spichlerzy zajmowali się ro­botnicy zwani szurkami, którzy chodzili lekko pochyleni, nosząc na głowach pełne worki. Nato­miast mierzeniem zboża w spich-
rzach zajmował się miernik. Były to prace bardzo intratne, łapacze i miernicy nieraz bardzo się wzbogacali a ich żony cho­dziły obwieszone biżuterią. Szur­kami i łapaczami byli najczęś­ciej Żydzi a wśród mierników spotykało się już wyłącznie Ży­dów.
Rozwój kolei żelaznej i żeglu­gi .parowej przyczynił się do upadku tych' zawodów.
Obok licznej rzeszy ufczciwie i ciężko pracujących mieszkań­ców Powiśla istniał też tzw. obecnie, margines społeczny i obraz życia teji dzielnicy nie był­by pełny, gdybyśmy o tym mar­ginesie zapomnieli.
A więc szychciarz, włóczęga bez zawodu., rzadko tylko za­trudniony, żadnych 'kwalifikacji nie posiadający, a tylko psujący opinię mieszkańców Powiśla. Drugi ujemny typ — to todreś-nik — przemytnik, kontraban-dzista, przenoszący po krze w czasie ciemnych nocy lub zawiei, kiedy straż nie widzi, tytoń, her­batę, jedwabie lub wódkę. Zda­rzało się, że przez strażnika, czyli tzw. kometę, przyłapani todreśnicy siłą go obezwładnia­li. Todreśnicy byli dobrze zorga­nizowaną szajką, mieli swoich kapitanów i generałów, z któ­rych zasłynął zwłaszcza gen. Lajzer. Do roznoszenia po mieś­cie przemycanych towarów uży­wane były często kobiety, które pod krynolinami miały ukryte pęcherze z wódką. Taki prze­mycany towar nazywano todres, a zamiast przemycać, mawiano todresować. Wódka nazywała się sznaps lub artyćha. Z tych cza­sów pochodzi też wyrażenie za­sypać, skapować, co oznaczało denuncjację, donos i zdradę.
Kiedy pod koniec lat sześćdzie­siątych ubiegłego wieku zmienio­no system akcyzy, przemyt prze­stał być zajęciem intratnym i todreśnicy zmuszeni zostali do zajęcia się innymi sposobami zdobywania pieniędzy.
To wszystko jest już historią, potomkowie przewoźników pra­cują dziś w hucie Warszawa, a prawnukowie todreśników być może kręcą się pod bankiem PKO...
Rysunki: Franciszek Kostrzewski
SZKK i; I TYI'Y WAUSX.VWSklK.
Rysował V. KoMrzowski.
Prir.mir) W i - I J.
6
OD MŁYNARSKIEGO DO ROWICKIEGO CZYLI 75 LAT FILHARMONII
5 i 6 listopada — wielkie święto naszej Fiłhairmonii uczczone w tych dniach uroczystymi koncer­tami, na których m.in. wykonano utwory wybitnych kompozytorów, którzy zadedykowali je naszej FN na Jej 75-lecie. Tak, minęło już 3/4 wieku od chwili, gdy w 1901 roku tegoż samego listopadowe­go dnia o godzinie 8 wieczo­rem warszawianie usłyszeli na inaugurującym koncercie kanta­tę uroczystą „Żyj pieśni" Włady­sława Żeleńskiego ze słowami Or-Ota, prawykonanie Symfonii
 Zygmunta Stojowskiego, „Baj­kę" Moniuszki, dzieła Chopina, „Step" Noskowskiego, Koncert — Ignacego Jana Paderewskiego. Tenże sam kompozytor był soli­stą tego inaugurującego wieczo­ru, a dyrygował współtwórca Filharmonii Warszawskiej, pierw­szy jej kierownik artystyczny — Emil Młynarski...
Ten wielki Jubileusz, przyniósł z sobą i inną rocznicę: ćwierć wieku od otwarcia Filharmonii Warszawskiej' pod budzącym wówczas wielkie i uzasadnione nadzieje kierownictwem artysty­cznym Witolda Rowickiego (dla uniknięcia późniejszych sprosto­wań, naszych czytelników doda­jemy gwoli ścisłości, że War­szawska Filharmonia przy Nowo­grodzkiej zaczęła już działać je­sienią 1947 roku. W rok później przekształcono ją w Filharmonię Stołeczną, musiała ona przyjąć pod swój dach Operę, a jeszcze rok później — zgodzić się na symbiozę. I tak zrodziła się Pań­stwowa Opera i Filharmonia w Warszawie. Ta symbioza z wie­lu względów nie mogła wyjść na dobre orkiestrze fiłharmo-nicznej. Zaistniała więc potrze­ba nowej orkiestry symfonicznej. I wtedy przybył z Katowic Wi­told Rowicki, który podbił War­szawę wielkim talentem, świet­nym przygotowaniem młodego zespołu).
12 stycznia 1951 o godzinie 19 wysłuchano pierwszego koncertu Orkiestry Filharmonii Warszawskiej pod dyrekcją jej wskrzesiciela po I wojnie świa­towej. W programie inaugura­cyjnym była „Uwertura Leonora III" — Ludwika van Beethovena, „Koncert romantyczny" solisty
 Kazimierza Serockiego, „V Symfonia" Czajkowskiego. A więc — klasyka, utwór współ­czesny i arcydzieło muzyki ro­mantycznej.
Te trzy wiodące kierunki wyz­naczyły na przyszłość główną linię repertuarową. A potem w cztery lata później przyszedł jeszcze jeden pamiętny dzień: 21 lutego w podniesionej z ruin siedzibie przy ulicy Jasnej na­stąpił nowy start, rozwinięcie ambitnych zamierzeń, działalność wzbogacona o coraz to nowe ini­cjatywy. Wtedy to Filharmonii Warszawskiej nadano obowiązu-
jące miano: Narodowa. Jej dia­log z melomanami i kompozyto­rami, z artystami i z młodzieżą, zarówno z tą komponującą, gra­jącą i śpiewającą jak i ze słu­chającą.
„Stolica" rozmawia o tym wszystkim już w samym gmachu Filharmonii, z samym kierowni­kiem artystycznym i szefem orkiestry Witoldem Rowickim (patrz: okładka) oraz z dyrek­torem FN — Eugeniuszem Libe­rą. Sceneria gabinetu kierow­nika i szefa sprzyja rozmowie, zarówno o przeszłości, jak i o teraźniejszości. Stylowe meble, stylowy żyrandol. I wspaniałe lustro na ścianie w ramie z ma-jolikowych cudów (uratowane ze złych obieży dzięki dyr. Liberze). A obok — liczne fotografie twór­ców, wirtuozów z dedykacjami dla mistrza. Trochę danych cyf­rowych- na początek nie zawadzi. I warto też przy tym przypom­nieć, że oprócz stałych piątkowo-sobotnich koncertów, jest jeszcze organizowanych na terenie całe­go kraju wiele różnorakich mu­zycznych imprez. A więc nie tylko koncerty Orkiestry Symfo­nicznej i Chóru, ale i m.in. kon­certy kameralne, recitale mło­dych wirtuozów, prezentacje wy­bitnych artystów naszego XXX-lecia, koncerty z prelekcjami dla młodzieży i audycje umuzykal-niające dla przedszkolaków, dla zakładów pracy, a nawet dla ku­racjuszy w uzdrowiskach.
Występy Orkiestry Symfonicz­nej i Chóru naszej FN (48 no­wych programów, co czyni przez powtórzenia — 96) to zaledwie ułamek jej bogatej działalności. Imprez muzycznych bowiem do­liczyć się można ok. 3500. A więc przeciętnie aż 10 dziennie.
 2600 to audycje szkolne — objaśnia dyr. Libera — kładzie­my bowiem wielki nacisk na u-powszechnianie muzyki wśród młodzieży. Cała ta akcja jest specjalnie zaprogramowana. Nasz system pięcioletniej edu­kacji jest ujęty w pięć rocznych cykli: kolejne muzyczne progra­my wprowadzają kolejne roczni­ki młodych na coraz to wyższy stopień wtajemniczenia. Aż 25% działalności FN skupia się na młodzieży; objętych jest nią ok. 650 000 uczniów.
 W sumie więc, gdy tak zli­czamy sobie melomanów i tych dopiero wtajemniczanych doli­czyliśmy się, Panie dyrektorze, bez mała miliona słuchaczy. A w samej Filharmonii mamy re­kordową przeciętną 99% frek­wencji
 Są dwie najważniejsze dla nas wytyczne działalności: upow­szechnienie kultury muzycznej wśród młodzieży, starania o na­wiązanie kontaktów i patronowa­nie młodym twórcom i wirtuo­zom. A jeśli chodzi o sprawy
Dwaj dyrektorzy FN — kierownik artystyczny Witold Rowicki (z lewe)) i dy­rektor Eugeniusz Libera. Fot. Jacek Sielski
programowe — to staramy się, by muzyka polska zawsze miała u nas należne jej miejsce.
 To są istotnie — potwier­dza Witold Rowicki — dwa głów­ne punkty w naszej pracy. Bo trwać można tylko przez następ­ne pokolenia. Inwestujemy więc w młodych. Staramy się przy tym zaszczepiać różnymi sposo­bami zainteresowanie wokół na­szych młodych artystów. Jak do­tąd za najbardziej udany ekspe­ryment uważam Festiwal Mło­dych, ów cykl koncertów symfo­nicznych i kameralnych, owa pre­zentacja młodzieży muzycznej, owa konfrontacja młodych mu­zyków z odbiorcą sztuki weszła już od trzech lat na trwałe do naszego programu pracy i zyska­ła sobie pełne prawa obywatel­stwa.
...Mam w ręku wydaną dru­kiem tę prezentację młodych ar­tystów z marcowych dni bieżą­cego roku. To istotnie świetny pomysł przedstawiać ich w fe­stiwalowej oprawie, a nie na po­szczególnych koncertach rozrzu­conych po całym kraju. Na pew­no w innych bowiem układach programowych nie znane jeszcze nazwiska nie byłyby zdolne ścią­gnąć zbyt wielu melomanów.
 W Roku Jubileuszowym zro­dziły się i zostały zrealizowane pewne pomysły. Wspomnijmy choćby o koncertach kameral­nych, recitalach i innych intere­sujących imprezach muzycznych, organizowanych w sezonie let­nim, gdy to zazwyczaj w ubie­głych latach, FN była zamknię­ta przed turystami-melomanami. Mam nadzieję, że staną się one już tradycją.
 Rok Jubileuszowy jest szczególnie nasycony muzyką polską, zarówno dawną jak i współczesną i to było dominantą także tych letnich koncertów. Filharmonia zresztą zawsze dba
0 rodzimą muzykę i to twórców z różnych lat i różnych pokoleń. Ta troska jest poniekąd naszym patriotycznym obowiązkiem, chcemy kontynuować narodowe tradycje, ale uwzględniać też i współczesność. W programach'' koncertów więc, przykładowo: Chopin i Penderecki, Moniuszko
1 Lutosławski. Staramy się tak-
że uwzględniać miejsce polskiej muzyki w kulturze świata. Może­my bez fałszywej zresztą skrom­ności powiedzieć, że co najmniej od 15 lat w jakimś stopniu od-działywuje ona na rozwój muzy­ki świata.
 Jak Pan rozumie pojęcie muzyki polskiej?
 Moim zdaniem nie jest ona tylko twórczością, jest sumą: te­go co się pisze i tego jak się wykonuje. Tego wszystkiego co przyczynia się, że możemy usły­szeć to, co zostało napisane. A więc orkiestry i chóry, a więc — Penderecki, ale i Wiłkomir­ska, Szymanowski, ale także i Kulka, Lutosławski, Stefania Woytowicz i wielu jeszcze in­nych.
:— Oni to wszyscy i cała na­sza warszawska FN wzbogacają kulturę muzyczną w kraju i u-gruntowują pozycję w szerokim świecie.
A czym dla Warszawy jest Fil­harmonia Narodowa? Czołowym organizatorem życia muzycznego, inicjatorem wielu imprez muzy­cznych, jest też miejscem, gdzie odbywają się konkursy chopi­nowskie i różne. Festiwale o randze międzynarodowej, na przykład „Warszawska Jesień". Jest polem, gdzie młodzi polscy twórcy mogą zaprezentować owoce swej pracy: (tu odbyło się 3/4 prawykonań). Jest też star­tem dla wielu młodych talentów. I jest siedzibą, o której myśli się z uczuciem: „W jej gmachu prze­żyłem najgłębsze artystyczne wzruszenia mego dzieciństwa i młodości i w nim, a nie gdzie indziej odebrałem w najistotniej­szy sposób najważniejszą część mego kompozytorskiego wy­kształcenia, zaś jako dojrzały już kompozytor miałem szczęście wiele razy słyszeć i dyrygować moją muzyką wspaniale graną ł śpiewaną przez zespoły FN." — to słowa Witolda Lutosławskiego.
W Roku Jubileuszowym naszej Filharmonii (zamknięty on zosta­nie w grudniu Uroczystym Kon­certem Symfonicznym) .„Stolica" składa najlepsze życzenia i ser­deczne gratulacje.
Rozmawiała KRYSTYNA KOLIŃSKA
Muzyk i jego instrumenty
Wielki koncert podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiioalu Muzyki Współczesne} Orkiestrą Filharmonii Narodowej dyryguje Wojciech Michniewski
DWUDZIESTA „WARSZAWSKA
Tegoroczny Międzynarodowy Festiwal Muzska Jesień", jubileuszowy, dał jak zazwyczajwe współczesnej muzyce. Taka zresztą konfpoczątku założeniem tej imprezy. Pierwsze roku) „Jesienie" były przeglądem wybitnych urów wykonywanych często po x-az pierwszy (mzimierza Serockiego, Witolda Lutosławskiegooraz dzieł obcych twórców. Każdy następny fezycje; pojawiały się nazwiska PendereckiegoHenryka Mikołaja Góreckiego, Wojciecha Kiladla współczesnej muzyki polskiej na estrady ś
o: JANUSZ POKORSKI
półczesnej „Warszaw-•cję różnych tendencji kierunków była od (195^958, a później już co polskich kompozyto-ażyny Bacewicz, Ka-ej Tadeusza Bairda) rzynosił nowe kompo-mierza Kotońskiego, ych. „Zielone światło" stało otwarte.
Ostatni XX Festiwal bez jubileuszowych akcen zentacją współczesnej twórczości muzycznej. Wyślj FN i PWSM około 90 kompozycji; tradycyjnie: j' jeden kameralny popołudniowy, jeden nocny i V operowy. W sumie tych imprez było 22. Wśród licj zaledwie kilka utworów, szczególną uwagę melon" nanie „Concerto lugubre" — Bairda. Stosownie Jesieni" ta ostatnia była też konfrontacją kompo lat z tymi — najnowszymi. Charakterystyczną cec nawet nazwał: „w stylu retro"), był pewien zwrot dość już w ubiegłych latach nasłuchaliśmy się eks goniących za efektem i nie wnoszących istotnych czy XX „Jesieni" tegoroczny festiwal nie dostard przeżyć. No cóż, genialne utwory nie rodzą się co rl
był więc kolejną pre-liśmy więc w gmachu
koncert symfoniczny, kowo, jeden spektakl tych wielu wybiło się w ściągnęło prawyko-reguły „Warszawskich sprzed kilkudziesięciu iowej muzyki (ktoś ją przeszłości. Widocznie mentalnych dziwactw, ości. W opinii słucha-
a ogół zbyt wielkich Soch.
PM ia Zilikarzi
Po trwającym pół ro­ku remoncie otwarto niedawno ponownie sie­dzibę II Oddziału PKO przy ulicy Mickiewicza 25. Placówka licząca so­bie dawniej 85 m% dzię­ki przyłączeniu sąsied­nich lokali, zajmuje o-becnie powierzchnię 215 m!. Przyrost po­wierzchni i moderniza­cja pracy pozwolą na obsłużenie większej ilo­ści klientów niż to mia­ło miejsce dotychczas. Zamiast 800 osób będzie można obsłużyć 1200 kli­entów dziennie.
Co nowego w Warszawie?
Hove liice ia plaaie
Wiele nowych war­szawskich ulic, istnieją­cych dotychczas anoni­mowo, otrzymało na o-statniej sesji Stołecznej Rady Narodowej własne nazwy. Tak np. na Pra­dze Południe w osie­dlach Gocławek i Tar­gówek będzie: al. Bole­sława Bieruta, al. Alek­sandra Zawadzkiego i al. Konstantego Rokos­sowskiego. Wola (osie­dla Na Górce i Jelonki) wzbogaci się o ulice Zenona Klemensiewi­cza, Witolda Doroszew-skiego, Stanisława Szo-bera, Lajosa Kossutha i inne. Mokotów (osiedle Ursynów Natolin) otrzy­ma natomiast nazwy przypominające wybit­nych podróżników: Le­onida Teligę, Ferdynan­da Magellana, Roalda Amundsena itp.
la Ursynowie
Na Ursynowie oprócz ciągle prowadzonych prac budowlanych przy wznoszeniu domów
mieszkalnych realizo­wane jest również w ra­mach możliwości KBM Południe tzw. budow­nictwo towarzyszące. Aktualnie dobiega już końca montaż'pierwszej szkoły elementarnej bu­dowanej z prefabryko­wanych elementów wy­twarzanych w słuźe-wieckiej Fabryce Do­mów jak i dwóch pawi­lonów handlowych. Go­spodarze osiedla, zdając sobie sprawę, że nie za­spokoją one wszystkich potrzeb nowych miesz­kańców, przystąpili po­nadto do adaptacji na sklep spożywczy parte­ru starego budynku stojącego przy ulicy Romera.
15-MILIONOWY
z góry metod. Jest to zatem ucieczka od bia­ło-czarnych, estetycz­nych obrazków ku roz­wiązaniom jakie wnosi logiczna, chłodna ana­liza.
W swoich dokonaniach Janusz Bąkowski impo­nuje konsekwencją a co więcej, pozwala nam je­szcze inaczej, precyzyj­niej ogarnąć refleksją oglądaną rzeczywistość jego sztuki. I to jest sukcesem wystawy.
J.B.
NAJLEPSZA GRAFIKA MIESIĄCA
Po wakacyjnej prze­rwie wznowiono posie­dzenia jury Konkursu „Najlepsza Grafika
Miesiąca". 4 październi­ka rozpatrywano prace nadesłane we wrześniu. Komisarzem Konkursu została Zofia Broniek, w skład jury weszli: dyr. Henryk Urbano­wicz, Barbara Zdano­wicz — kier. Galerii PSP, Irena Snarska, Antoni Boratyński, Mie­czysław Majewski, Wła­dysław Winiecki. Prze­wodniczącym został Mieczysław Majewski. Wpłynęło 17 prac-godeł z tym, że w dwóch przypadkach stanowią one zestawy składające się z 3 i 4 prac.
Jury zdecydowało, aby przyznać S wyróżnień po 3 tys. zł. Wyróżnienia otrzymały następujące grafiki: praca-godło „TRAK", tytuł „Nocny autobus" — linoryt, au­tor Hubert Borys; pra­ca-godło „RAPAN", ty­tuł „Koń trojański" — litografia, autor Kazi­mierz Makowski; praca--godło „MANUEL", ty­tuł „Chorągiewki" — a-kWaforta, akwatinta barwna, autor — Jacek Sowicki; praca-godło „SERIA", tytuł „Stefa EM" — litografia, au­tor — Barbara Sliwow-ska; praca godło „cha­os", tytuł „Egoizm" — akwaforta, autor — Ju­liusz Wiśniewski.
W bieżącym roku a-kademickim SGPiS
przystępuje do sformu­łowania planu perspek­tywicznego rozwoju. Zostaną w nim określo­ne podstawowe kierun­ki rozwoju Uczelni w zakresie działań dydak­tyczno - wychowaw­czych oraz naukowo-ba­dawczych po to, by można było sprostać co­raz bardziej złożonym społeczno - ekonomicz­nym problemom gospo­darki naukowej, dostar­czając im wysoko kwa­lifikowanych, wyposa­żonych w nowoczesną wiedzę ekonomistów.
Rotunda PKO u zbie­gu ulic Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich działająca od 1966 roku obsłużyła ostatnio 15 milionowego Interesan­ta. Tak honorowy gość — Halina Scibisz ze Zgierza (w środku) — jak i zamykająca po­przedni milion — Wan­da Strzelecka, oraz o-twlerający następny — Stanisław Komorowski otrzymali od Dyrekcji Rotundy okolicznościo­we unominki. (Kn)
SPOD WIECHY
Na zewnątrz jest czy­sto, elegancko, do sta­lowej elewacji zdążyli­śmy się już przyzwy­czaić, jak zresztą d< samego gmachu, którj stoi już na placu Po' wstańców Warszawy ot 15 lat i tylko zamknięti drzwi oraz brak szyldi dają do myślenia, ż< Narodowy Bank Polsk nie jest jeszcze goto wy. Projekt prof. Boh­dana Pniewskiego ze­starzał się zanim budo­wę ukończono. Rozwój gospodarczy kraju po­większył tak bardzo o-peracje bankowe, że trzeba było sporo w projekcie zmienić, prze­de wszystkim rozbudo­wać go. W banku ma pracować 500 osób, wie­le czynności jakie do­tąd wykonywali ludzie zastąpią maszyny elek­troniczne. W nowym gmachu znajdzie się od­dział walutowo-dewizo-wy, oddział operacyjny Banku Handlowego SA i centrala NBP. Siedzi­bę buduje Toruńskie Przedsiębiorstwo Bu­downictwa Ogólnego. Nie musimy chyba do­dawać jak trudne to zadanie. Poza wymoga­mi bezpieczeństwa, wnętrze ma być estety­czne i wygodne. Załoga dokłada starań, aby do końca 1976 r. zakończyć tę historyczną już bu­dowlę.
AODA NA SREBRO
Indirę Gandhi, która w sklepie u zbiegu ulic Marszałkowskiej z Hożą wybrała do swej oso­bistej kolekcji aż kilka­naście srebrnych cacek, wysadzanych burszty­nami. Dzisiaj renoma „ORNO" wzrosła znacz­nie, że pracownie spół­dzielni przyjmują za­mówienia dopiero na drugą połowę przyszłe­go roku. Rekordowym natomiast powodzeniem cieszy się wspomniany już punkt, prowadzony przez małżeństwo meta­loplastyków Bożenę i Włodzimierza Skawińs­kich, gdzie samo przy­jęcie zamówienia klient poczytuje sobie za uś­miech szczęścia.
Swoją drogą zaś, poza ogromnym poziomem wykonywanych prac, spółdzielnia „ORNO" może w stolicy uchodzić za wzór w prezentowa­niu dyskretnej elegan­cji swoich stale zmie­nianych wystaw. Gdyby inne placówki warszaw­skiego handlu choć tro­chę zbliżyły się do tego poziomu, to z pewnoś­cią ulice naszego miasta zyskałyby wiele na co­dziennym, powszednio spotykanym pięknie. Na zdjęciu pokazujemy kierownika pracowni „ORNO" u zbiegu Mar­szałkowskiej z Hożą, pana Włodzimierza Ska­wińskiego w czasie przygotowywania kolej­nej kolekcji.
J.G.
(Kn)
SZKOŁA IMIENIA.
8 października br. Szkoła Podstawowa Nr 119 otrzymała imię „3 Berlińskiego Pułku
Piechoty". Z tej okazji przekazano ' szkole sztandar ufundowany przez Warszawski O-kręg Wojskowy oraz urny zawierającej zie­mię z bitewnych pól LWP.
W trakcie uroczystoś­ci obecni byli m.in. przedstawiciele resor­tów: Obrony Narodo­wej, Oświaty i Wycho­wania oraz 1 Warszaws­kiej Dywizji Zmecha­nizowanej im. Tadeusza Kościuszki. Licznie przy­byli też kombatanci walk narodowowyzwo­leńczych.
P6I BRÓDKO ■A TARGÓWKU
Przy ulicy Tykociń-skiej, w nowym osiedlu mieszkaniowym na Tar­gówku PGR Bródno uruchomił kolejny sklep ze swymi produktami.
Chcąc ułatwić klien­tom zakupy zorganizo­wano w nim sprzedaż kilku artykułów podsta­wowych, żywnościowych nie wytwarzanych w PGR. Do nich należy m.in. chleb.
W przyszłości Targó­wek wzbogaci się o dwa duże pawilony, w których rozlokują się firmowe sklepy „Bró­dna".
UROCZYSTE WRE.CZEIIE DOWODÓW
Srebro z roku na rok zdobywa sobie coraz to większe wzięcie. Dość powiedzieć, że nie­zmiernie od ubiegłego roku wzrosły obroty znanej, nie tylko w kra­ju, ale i za granicą — warszawskiej spółdziel­ni,, ORNO". Swego cza­su pisaliśmy obszerniej o znakomitej klienteli kilku stołecznych skle­pów „ORNO", żeby — poza warszawiankami — przypomnieć małżonki wielu ministrów spraw zagranicznych, odwie­dzających naszą stolicę, żonę kanclerza Austrii, a przede wszystkim premiera Indii, panią
76 LAT SGPiS
Szkoła Główna Plano­wania i Statystyki ob­chodzi w bieżącym roku 70-lecie swej działalno­ści. Ta największa eko­nomiczna uczelnia kra­ju na pięciu swych wy­działach (ekonomiki produkcji, ekonomicz-no-spolecznym, finan­sów i statystyki, handlu wewnętrznego oraz han­dlu zagranicznego) kształci ponad 10.000 studentów tak studiów stacjonarnych jak i za­ocznych czy podyplo­mowych.
Kadra naukowa liczą­ca 670 nauczycieli aka­demickich oprócz zajęć dydaktycznych prowadzi liczne badania nauko­we, których planowana wartość wyniesie w la­tach 1976—80 prawie 500 milionów złotych.
CZEKAJĄC IA KRÓLA (LIRA)...
Gustaw Holoubek wcieli się — to jego najbliższa rola na sce­nie Teatru Dramatycz­nego — w postać szeks­pirowskiego Króla Lira. Nie doszedł natomiast do skutku zamysł wy­stawienia innego dzieła Szekspira „Kupiec we­necki" ze znakomitym aktorem w roli tytuło­wej.
IIWE ROLE
Wielbiciele (a zwłasz­cza wielbicielki) „pol­skiego Alaina Delona", czyli Jerzego Zelnika na pewno z przyjemno­ścią powitają tego uta­lentowanego aktora po­nownie na szklanym e-kranie, tym razem w sztuce „Józef i jego bracia" według Tomasza Manna (utwór czeka na emisję w Telewizji Kra­kowskiej). Kolejny spektakl telewizyjny z udziałem Zelnika to „Mindowe" Słowackie­go. Jerzy Zelnik, który ukończył Szkołę Te­atralną w 1968 r. grał w wielu filmach kinowych i telewizyjnych; wy­mieńmy m.in. „Farao­na", „Drogę w świetle księżyca", „Pannę, Skorpiona i Łucznika" (podobno jego najlep­sza rola filmowa), „Zie­mię obiecaną", „Jej po­wrót", „Dzieje grze­chu".
BURMISTRZ I WARSZAWIANKA
Ten ciemnolicy gen­tleman (patrz zdjęcie) to Thomas Bradley, burmistrz Los Angeles, wiecznie niemal słone­cznego Miasta Aniołów. Promienną lady w stro­ju ludowym jest... war­szawianka. Konkretnie: Jolanta Wojkiełło-Mar-tusewicz, artysta pla­styk, absolwentka war­szawskiej ASP (za spra­wą mariażu osiadła w USA). Wojkiełło-Martu-sewicz, malarka i twór­czyni oryginalnych go­belinów sfotografowała się z burmistrzem " na wystawie w Los Ange­les, na której ekspono­wała swoje gobeliny. Prace utalentowanej ar­tystki z Polski bardzo przypadały do gustu publiczności oraz panu Bradley, który pogratu­lował polskiej plastycz­ce oryginalnych dzieł. Zdjęcie zostało przesła­ne specjalnie dla „Sto­licy".
LOGIKA I FOTOGRAFIA
fe. . ■ - »
111
i
t .'I
hmmjpjmjj]
zajmuje się rzeźbą, gra­fiką i fotografią, od 1970 roku uczestniczy w wystawach polskiej fo­tografii nowoczesnej w Warszawie i Krakowie, także w wielu znakomi­tych galeriach zagrani­cznych, w Nowym Jor­ku, Tokio, Budapeszcie i innych. Jego prace są w kolekcji Muzeum Sztuki w Łodzi.
W obecnym pokazie prezentuje twórczość bardzo odległą proble­mowo od tradycyjnej fotografii artystycznej. Jego twórczość jest po­pisem logiki i rygoru w manipulowaniu mate­riałem fotograficznym. Wszystkie przekształ­cenia, jakich dokonuje wynikają z założonych
Po pięknej i wieńczą­cej 65-letni okres dzia­łalności artystycznej wystawie Janiny Mie-rzeckiej w Galerii ZPAF na Starym Mie­ście w Warszawie swo­je prace eksponuje Ja­nusz Bąkowski. Artysta
(zmarł w Hiszpanii). Laureat Na­grody Państwowej, odznaczony Sztandarem Pracy I i II klasy, Złotą Odznaką Za Zasługi dla Warszawy, Złotą Odznaką Za Za­sługi dla Budownictwa, b. dyrek­tor Dyrekcji Budowy Trasy Mos­towej „Łazienkowskiej", kierował realizacją Trasy Buczka — Sta­rzyńskiego.
U września — LEON PRZEMSKi, wybitny prozaik i eseista, autor książek dla młodzieży, długoletni, zasłużony członek Związku LWP.
W klubie osieaiowym „Lira" przy ul. Lojew-skiej 3 odbyło się orga­nizowane pod patrona­tem Robotniczej Spół­dzielni Mieszkaniowej „Praga", uroczyste wrę­czenie dowodów osobis­tych młodym, pełnolet­nim mieszkańcom dziel­nicy Praga Północ. Na zdjęciu: naczelnik urzędu Jerzy Kowalski wręcza dowód osobisty Annie Paneckiej.
Fot. Marek Bączkowski
ZMARLI
10 września — TADEUSZ SZY­MAŃSKI, artysta malarz, sceno­graf, członek rzeczywisty ZPAP, autor unikalnych, form artystycz­nych w szkle, długoletni, zasłużo­ny pracownik Ministerstwa Kul­tury i Sztuki, odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, członek
ZBoWiD.
10 września — RYSZARD HEN­RYK OSTROWSKI, mgr inż..
10
Podczas spotkania rektorów sto­łecznych szkół wyższych oraz sekre­tarzy komitetów uczelnianych PZPR i przedstawicieli ruchu młodzieżowe­go — któremu przewodniczył członek Biura Politycznego KC, 1 sekretarz KW PZPR Józef Kępa — omawiano bieżące zadania uczelni warszaw­skich w pracy wychowawczej z mło­dzieżą. Szczególną uwagę poświęcono tym sprawom, którymi — w odniesie­niu do szkół akademickich — zajmo­wało sie plenum Komitetu Warszaw­skiego partii, a także narady aktywu studenckiego. Podkreślano w czasie spotkania, że zadania wychowawcze, zwłaszcza zaś zagadnienia ideowo-wy-chowawcze maja równorzędne zna­czenie z programem dydaktycznym i naukowym. W bieżącym roku aka­demickim będą rozwijane różne for­my ^popularyzacji wiedzy o polityce partii i państwa, jak np. cykle spot­kań ..Partia rozmawia z młodzieżą" czy „Rozmowy o gospodarce". Duży nacisk położono na zacieśnianie kon­taktów środowisk uczelnianych i ro­botniczych. Wspólnym polem pracy stać się tu mogą inicjatywy społecz­ne, jak np. akcja porządkowania Kampinosu, budowa parku na Bród­nie oraz prace wykończeniowe w bu­downictwie mieszkaniowym.
Przewodniczący Komitetu Budowy Centrum Zdrowia Dziecka min. Ja­nusz Wieczorek przyjął kierownictwo Związku Polaków „Zgoda" w RFN. Prezes tej organizacji polonijnej Ignacy E. Łukaszczyk przekazał w czasie spotkania jubileuszowe wy­dawnictwo o działalności Związ­ku Polaków, traktujące szcze­gólnie szeroko sprawę opieki nad miejscami polskiej pamięci narodo­wej w RFN i prace podjęte przez ak­tyw polonijny nad zewidencjonowa-
niem tych miejsc. Kierownictwo Związku Polaków „Zgoda" złożyło też kolejny dar Polonii w RFN na budowę Szpitala-Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka — kwotę 5 tysięcy marek.
Sesja Dzielnicowej Rady Narodowej Praga-Północ poświęcona była spra­wom zieleni. Radni zaaprobowali pro­gram zazielenienia tej przemysłowej dzielnicy. W bieżącym pięcioleciu Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Ogrodniczych założy parki: Bródno — 23 ha. Targówek — 9 ha, park przy ul. Rogowskiej — 14 ha. Na se­sji mocno podkreślano konieczność zaostrzenia wymagań wobec inwesto­rów, którzy niedostatecznie dbają o utrzymanie drzew na placach budów. Aby uzupełnić ubytki drzew, jakie nastąpiły w ubiegłej pięciolatce, któ­ra była okresem prowadzenia bardzo ożywionej działalności inwestycyjnej, posadzono w dzielnicy drzewa i krze­wy na około 80 hektarach. Prace te wykonano głównie w czynach spo­łecznych dla dzielnicy.
Drukarnia im. Rewolucji Paździer­nikowej w Warszawie, z której rocz­nie wychodzi ponad 1000 tytułów — otrzymała Order Sztandaru Pracy I Klasy. Aktu dekoracji dokonał za­stępca członka Biura Politycznego KC. sekretarz KC PZPR Jerzy Łuka­szewicz. W spotkaniu z drukarzami Zakładów uczestniczyli także: kie­rownik Wydziału Kultury KC PZPR Lucjan Motyka, wiceminister Kultu­ry i Sztuki Aleksander Syczewski i sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR Jolanta Ma tusze wic z.
Fot. CAF
W 59 ROCZNICĘ WIELKIEGO PAŹDZIERNIKA
Centralnym akcentem tegorocznych obchodów 59 rocznicy Rewolucji Paź­dziernikowej był uroczysty koncert zorganizowany 5 Xl w Sali Kongre­sowej Pałacu Kultury i Nauki przez Ogólnopolski i Stołeczny Komitet FJN oraz Zarząd Główny TPP-R. Na koncert przybyli: Edward Babiuch, Wojciech Jaruzelski, Stanisław Ka­nia. Józef Kępa, Stanisław Kowal­czyk, Jan SzydQak, Józef Tejchtma, Jerzy Łukaszewicz, Ryszard Frelek. członkowie kierownictwa ZSL i SD oraz ministrowie: obecna była rów­nież delegacja Centralnego Zarządu Towarzystwa Przyjaźni Radziecko-Polskiej z wiceprzewodniczącym (lot-nikiem-kosmonautą) Borysem Woły-
nowem i ambasador ZSRR w Polsce Stanisław Piłotowicz. Widownię za­pełnili tłumnie mieszkańcy stolicy, reprezentanci załóg stołecznych za­kładów pracy, delegacje organizacji społecznych, młodzież, żołnierze WP. Nie zabrakło weteranów polskiego i międzynarodowego ruchu robotni­czego oraz uczestników wspólnych walk w łatach II wojny światowej. Przemówienie wygłosił członek Bii'~ rą Politycznego KC PZPR minister Obrony Narodowej gen. armii Woj­ciech Jaruzelski, przemawiał również w języku polskim ambasador ZSRR St. Piłotowicz. Po części oficjalnej zakończonej odegraniem Międzynaro­dówki nastąpiła część artystyczna.
WARSZAWSKA WIZYTA PRZEDSTAWICIELI KOMITETU BERLIŃSKIEGO SED
W pierwszym tygodniu listopada gościła w Warszawie z wizyta dele­gacja Komitetu Berlińskiego SED na czele z członkiem KC SED. kierowni­kiem Wydziału Oświaty i Nauki Ko­mitetu Okręgowego w Berlinie — Wernerem Neugebsuerem. W czasie swego pobytu goście spotkali się z członkiem Biura Politycznego KC, I sekretarzem Komitetu Warszaw­skiego PZPR Józefem Kępą. zwiedza­li stołeczne placówki kształcące przy­szła kierowniczą kadrę techniczną, odbyli szereg spotkań z aktywem
społeczno-politycznym różnych środo­wisk, a także zwiedzali nasza stolicę w towarzystwie przedstawicieli Komi­tetu Warszawskiego PZPR i gospoda­rzy miasta. Wizyta odbywała się w ramach współpracy obu stolic, mając na celu wymianę doświadczeń w za­kresie przygotowania kadr dla prze­mysłu i wdrażania nowych metod pracy oraz rozwiązań naukowo-tech­nicznych.
Na zdjęciu goście z Berlina podczas zwiedzania Starego Miasta.
Fot. H. Jufko
DRUGA KWESTA NA ZABYTKI POWĄZEK
Kwestuje Daniel Olbrychski
Fot. J. Pokorski
-Podczas tegorocznego Święta' Zmar­łych, w czasie którego warszawskie cmentarze zapełniły się ludźmi przy­byłymi tu uczcić pamięć swych blis­kich, a groby pokryły się kwiatami i rozświeciły tysiącami płomyków — Społeczny Komitet Opieki nad Stary­mi Powązkami przeprowadził drugą już z rzędu kwestę na renowację za­bytków Cmentarza Powązkowskiego, będącego swego rodzaju pomnikiem kultury narodowej. W tegorocznej kweście, która przeprowadzili war­szawscy aktorzy i rzemieślnicy, pre­zenterzy telewizyjni i działacze spo­łeczni, a także sportowcy — w su­mie ponad 200 osób — warszawiacy hojnie sypnęli do puszek, wykazując tym pełne poparcie i zrozumienie dla społecznej akcji, mającej na celu przywrócenie dawnej świetności wszystkim tym grobom, które zasłu­gują na miano zabytków, które po­siadała wartość historyczną i artys­tyczna, które wreszcie decydują o charakterze Powązek. W ciągu sobot­niego popołudnia, niedzieli i ponie­działku zebrano łącznie około 250 ty­sięcy złotych. <b)
AEG
OSTATNIE DNI
wodziło się najlepiej). W dalszym cią­gu jednak z rezerwą odnosimy sie do przyszłej kariery torowej Pawimenta. którego pochodzenie częściowo nie wskazuje na konia klasowego. Wole­libyśmy się mylić, koni wyróżniają­cych się nigdy nie ma na Służewcu, w żadnym roczniku, zbyt wiele. .
Criterium jest gonitwa cenna, ter­min jej rozegrania w ostatnim dniu sezonu wydaje się natomiast niefor­tunny. Gonitwa porównawcza miedzy dwulatkami i starszymi o charakte­rze sprawdzianu sprinterskiego roz­grywana wówczas, kiedy niektóre ko­nie są zmęczone lub poza formą, mi­ja sie z celem. Po to żebyśmy się dowiedzieli, że Iranda jest szybka nie trzeba organizować Criterium. Zna­komita ta klacz przemęczona wyczer­pującym sezonem nie mogła pobić Pawimenta. a to już może mylić. Bez formy, poza wspomnianym Euro-Sta-rem — Swing, szybkie Nikki i Ałtaj.
Gorsze pretensje mamy do organi­zatorów mityngu na Służewcu za go­nitwę Łeb w Łeb dla trzyletnich ogierów, na dystansie 3200 m. która nie ma wartości selekcyjnej, bo do czasu jej rozegrania (23 października) już wszystko wiemy, natomiast nisz­czy konie. Najlepszy przykład szko­dliwości tego trudnego wyścigu dla koni trzyletnich na tak długim dys­tansie — to Da Score zeszłoroczny zwycięzca, który w tym roku ze­szedł do poziomu współzawodników grupowych. Tegoroczną gonitwę Łeb w Łeb wygrał Dostojnik (Antiqua-rian—Dostojna) uważany ogólnie za
konia szybkiego, predestynowanego do zwycięstw na dystansach 1600—2000 m. Być może był mniej znużony sezo­nem od konkurentów, pobił też tak dobre konie jak Duplikat. Demesz i Sei bor. Gonitwa nie podobała się nam — Demesz nie odegrał tej roli co w Wielkiej Warszawskiej. Dostoj­nik i Duplikat łatwo wyszły na pro­stej na front. Scibor nie próbował ich nawet atakować. Gargaron cały czas galopował ostatni. Jakby dż. Rajew-ski i on sam mieli wszystkiego do­syć. Orzeczenie sędziego: po walce dł. 3/4—1—1. Czas 3*28" (13—32—33—33— 34—32—31).
I co wynika z tej gonitwy? Dostoj­nik Jest królem naszych trzyletnich stayerów! Taka selekcja nic nie oznacza, odbije się tylko negatywnie na przyszłej karierze torowej trzylat­ków. Piszemy krytycznie o gonitwie Łeb w Łeb od kilku lat. niestety bez efektu. Dostojnika dosiadał dż. Re-jek. Trenerem zwycięzcy Jest J. Pa-liński. Wyhodowany został w SK Wi­dzów.
Długodystansową próbę Sac-a Pa­pier, dla czteroletnich i starszych ogierów, na dystansie 4000 m prze­szedł zwycięsko Diagoras (Negresco— Dionisja). pod dż. Ryniakiem, przy­gotowany dobrze do ciężkiego wyści­gu przez trenera P. Czarnieckiego. Hodowcą Diagorasa jest SK Moszna. Wszystko rozstrzygnęło się w poło­wie prostej — Diagoras pobił o 1 dłu­gość Jaźwca (jego dobre miejsce by­ło niespodzianką), za którym o 1 dłu­gość przy galopował Da Score pozo-
stawiając za sobą o 14 długości Sur-veyera. Czas 4'28" (33—32—34—36—34— 32—33—34). Szermierz pod dż. Mełnic­kim. niosący najwyższą w polu wagę 60 kg z góry skazany był na klęskę.
Ważną gonitwę dla dwuletnich o-gierów na dystansie 1400 m, o Nagro­de Dor pata (też za późno rozgrywa­ną!) wygrał Orsk (Mehari—Osola) pod k. dż. Tylickim, przed Czartem, Wątorem i Celownikiem, wysyłany 2 długości — 3 — 4, w czasie 1,30" (25—32—33). Orska, wyhodowanego w SK Strzegom trenuje Ł. Abgarowicz. Wynik gonitwy był zgodny z przewi­dywaniami, zawiódł, w pewnym stop­niu Lexicon.
Dwulatki drugiego rzutu spotkały się w gonitwie o Nagrodę Centrum Zdrowia Dziecka, na dystansie 1300 m. Zwyciężył Cynik (Saragan—Cydonia), pod dż. Filipowskim, w czasie 1*24" (20—31—33). Cynika, wyhodowanego w SK Kozienice, trenuje M. Janikowski.
Warto jeszcze wspomnieć o gonit­wie o Nagrodę Zarządu Stołecznego SZSP. dla czteroletnich i starszych koni. na dystansie 1600 m, z udziałem jeźdźców studentów amatorów. Pierw­sze cztery miejsca zajęły konie do­siadane przez panie: Euros, pod E. Wieleżyńską, Styks, pod C. Borkow­ska. Diores pod M. Zuk i Kasjusz, pod T. Kwaśniewską.
Winniśmy Czytelnikom sprawozda­nie z czterech ostatnich dni sezonu 1975/76. które ze względów technicz­nych (jubileusz i podwójny numer „Stolicy") wcześniej nie mogło się ukazać. Dni te charakteryzowały się zwiększoną frekwencją publiczności i dużymi zapisami koni. Niektor« go­nitwy nastręczają uwagi krytyczne,
Niespodzianką było zwycięstwo dwulatka Pawimenta (Mehari—Pytia), pod dż. Mełniokim. w Criterium (Na­groda Przewodniczącego ZG ZZPR), dla dwuletnich i starszych ogierów oraz dwuletnich, trzyletnich i cztero­letnich klaczy, na dystansie 1200 m. Pawiment miał groźnych przeciwni­ków — bardzo szybkie konie i nawet niska waga (wieku) 56 kg nie fawo­ryzowały go, zwyciężył jednak prze­konywająco derbistkę Irandę. Boemę i Indygo. Zupełnej porażki doznał Euro-Star (który niedawno zajął do­skonałe drugie miejsce w Austria— Preis). Zawiódł też drugi reprezen­tant dwulatków — Swing. Orzeczenie sędziego: pewnie dł. 2—3—1. Czas 1*18" (14—31—33). Wyścig rozstrzygnął się na pierwszych 500 metrach.
Pawimenta. wyhodowanego w SK Iwno. trenuje S. Głowacki, który u-koronował tym zwycięstwem swego Pupila rzetelnie przepracowany se­zon (ostatnio jego stajni Iwno nie po-
11
TEOFIL SYGA
bol nieudolnego wierszoklety. Brał go już wprawdzie w obro­nę Kraszewski, lecz dopiero Wa­cław Borowy, poznawszy ujaw­nione przez Stanisława Estrei­chera nie znane wiersze Baki, przywrócił godność ośmieszone­mu autorowi, znajdując w owych wierszach ton powagi, skupienia i modlitewnej żarliwości. Podob­ną, wyważoną opinię wyraża teraz Libera w swym komenta­rzu, twierdząc, że wiersze te ma­ją oprawę poetycką wyróżniają­cą się poziomem artystycznym.
Drugim przykładem jest twór­czość ks. Adama Jerzego Czar­toryskiego, głośnego męża stanu. Jego „Bard polski" jest charak­terystyczny i ważny — zdaniem Manfreda Kridla — przez na­strój w nim panujący i myśli będące wyrazem wszystkich wrażliwszych dusz polskich w tym momencie dziejowym. Ten dantejski poemat Czartoryskiego jest w opinii Igacego Chrzanow­skiego jakby łącznikiem pomię­dzy poezją XVIII a XIX wieku.
Ogłaszając fragment „Barda" Libera podnosi w swym komen­tarzu, że poemat Czartoryskiego przemawia wzruszającymi obra­zami nieszczęsnego kraju, gorzką refleksją nad losem ojczyzny; przypomina także słowa Niemce­wicza; „W tej elegii poeta prze­pełniony namiętnością dla Pol­ski i zgrozą nad jej losem — w idealnych obrazach wystawia okropnej wierności hitoryczną prawdę."
Przecież, rzecz szczególna, o Czartoryskim, który nie tylko układał plany polityczne, lecz oraz ma własny dorobek literac-
ki, można powiedzieć, że jest* poetą nie tyle zapomnianym, co nie znanym. Stało się tak dlate­go, że dużo jego utworów lite­rackich bądź ogłaszano tylko fragmentarycznie w różnych pra­cach monograficznych i pamięt­nikach, bądź też nie publikowa­ne spoczywają w rękopisach w archiwach różnych bibliotek. Do­tyczy to także jego przekładów Horacego, Sofoklesa, Pindarą i innych.
A i ogólniejsze omówienia działalności Czartoryskiego grze­szą brakiem informacji w tej materii. Przykładem — monu­mentalne wydawnictwo „Sto lat myśli połskielj", gdzie w wypi­sach przytoczono jedynie frag­menty z pism politycznych; po­dobnie w.,.Polskim Słowniku Bio­graficznym" czy nawet w wiel­kiej monografii Handelsmana.
W Tezultacie, antologia Libery, mimo zastrzeżeń autora, że nie­wielu się w niej znalazło poe­tów drugo- czy trzeciorzędnych, którzy mogą budzić nasze za­interesowanie — pozwala czytel­nikowi wyrobić sobie pogląd na charakter poezji osiemnasto­wiecznej w jej różnorodności stylowej.
I, na zakończenie, podzięko­wać trzeba prof. Liberze za czy­telność jego komentarza. Jakże ta jasna, czysta polszczyzna od­bija się od stylu wielu młodych polonistów, którym wydaje się, że przeładowanie języka obcymi terminami doda ich pracom „uczoności".
SYNTEZA CZASÓW OŚWIECENIA
(Wydana przed siedmiu laty książka prof. Zdzisława Libery .Problemy polskiego Oświece­nia" powitana została jako wy­bitne osiągnięcie polonistyki. Prof. Czesław Zgorzelski pisał, że książka ta, podejmująca pró­bę całościowego i syntetycznego ujęcia głównych problemów pol­skiego Oświecenia, jest pozycją szczególną. Albowiem: „Z jed­nej: strony stanowi podsumowa­nie dotychczasowych badań, wy­rastając organicznie ze wspólne­go trudu 25 lat jpublikacji na­ukowych. Z drugiej zaś — to­ruje drogę nowym poszukiwa­niom, otwierając perspektywy na wyłaniającą się coraz wyraźniej problematykę stylowego zróżni­cowania poezji..."
Wtórował mu prof. Juliusz No-wak-Dłużewski, który — mimo zastrzeżeń dotyczących periody-zacji poezji Oświecenia (kwestii, jak wiadomo, ciągle spornej) — w książce Libery znalazł roz­działy o posmaku nowatorskim: „Nikt u nas dotychczas, o ile mi wiadomo, nie pisał o tych spra­wach tak szeroko i gruntownie."
Obecnie, jak gdyby dopełnie­nie tamtego dzieła, ukazała się nowa obszerna książka Zdzisła­wa Libery „Poezja polska XVIII wieku". Jest to antologia poe­tów i wierszopisów, poprzedzo­na dłuższą rozprawą o poezji czasów Stanisława Augusta.
Różne są oblicza tej poezji. W dobie Oświecenia jeszcze barok odciska swe piętno, choć nie wyznacza już kierunku rozwoju. Dominuje klasycyzm, stanowiący odmianę klasycyzmu ogólnoeuro­pejskiego, a jednocześnie rozwi­ja się nurt poezji uczuciowej, to jest sentymentalizm (Karpiński, Kniaźnin), wreszcie — poezja konfederatów barskich i „Mazu­rek Dąbrowskiego", który zamy­ka dzieje poezji osiemnasto­wiecznej, stojąc „jak gdyby nie tylko na granicy dwóch stuleci, ale jednocześnie na granicy dwóch epok w dziejach kultury polskiej. Jest zatem pieśnią, któ­ra zamyka polskie Oświecenie, a otwiera zarazem rozdział pol­skiego Romantyzmu".
Druga część rozprawy Libery poświęcona jest charakterystyce poszczególnych: twórców. I tutaj, co jest fortą książki, autor za­równo w obszernym komentarzu, jak i w równie obszernym wy­borze utworów, nie pomija ani poetów mniejszego lotu, ani za­pomnianych. Wiersze ich bowiem rzucają także pewne światło na owe odmienności stylowe.
Na poparcie tej opinii niech posłużą dwa przykłady. Pierw­szy: poetą „mniejszego lotu" był niewątpliwie wspomniany w „Pa­nu Tadeuszu" ksiądz Józef Ba­ka, autor „Uwag o śmierci nie­chybnej", wyśmiewany jako sym-
PRAWOSKOŚNIE: 1) dow­cip. 2) pierwiastek — ana­gram żeńskiego imienia. 3) kolor w kartach. 4) niebez­pieczne dla pływających. 5) bujanie w przestworzach. 6) nad wrzątkiem. 7) zgrubienie łodygi ziemniaka. 8) miecz, pierwotnie tylko krótki, *) współczesna aśćka. 10) żół­ty, w klatce. 11) Zygmunt III, który w XVI w. prze­niósł stolicę do Warszawy. 12) imię męskie przywodzą­ce na myśl Rzymianina. 13) polowanie. 14) część końco­wa utworu muzycznego, w której pojawia się w for­mie zwięzłej temat główny. 15) córka białej kobiety i Indianina. 16) wąwozy. 17) rozeta. 18) rzeka w Brazy­lii, lewy dopływ Amazonki (inaczej kttku). 19) tętno. 20) imię żeńskie z nazwy ulicy Śródmieścia.
LEWOSKOSNIE: 1) upo­mnienie, połajanka. 2) ro­dzaj zasłony okiennej. 3) le­gendarny warszawianin. 4) nacięcie. 5) lina podtrzymu­jąca maszt z boku. 6) in­strument ojca Lilii Wene-dy. 7) żartobliwe naśladow­nictwo. 8) cięgi. ») gdacze. 10) bardzo mocne sztuczne włókno rodzimej produkcji. U) wół po staropolsku (wspak — zniszczony statek). 12) bez­myślni niszczyciele. 13) żo­na radży. 14) wierzba szara. 15) dokuczliwy owad. 16) najbliższa — ojczysta. 17) nie byli nimi Kastor ani Polluks. 18) szklana lub hy-groskopijna. 19) część Mo­kotowa, w sąsiedztwie Lasu Kabackiego. 20) porwał He­lenę.
Litery z ponumerowanych pól, czytane kolejno, utwo­rzą hasło — cytat z wiersza Tadeusza Gajcego Śpiew mu­rów.
Ren.
Pomiędzy Czytelników, któ­rzy w ciągu 10 dni od daty ukazania się pisma, nadeślą (na kartach pocztowych z naklejonym kuponem) roz­wiązanie rozety i hasła, roz­losujemy BONY KSIĄŻKO­WE.
ROZWIĄZANIE KRZYŻÓWKI Z NR. 37
„Bezsenność. Noc. I gwar uliczny. I mgła na placu Teatralnym."
Poziomo: dworzanin, wiek, Ateny, uwaga, agape, spis, ulica, tęcza, kwiatek, miasto, paser, znaki, spisa, bilet, ganek, lando, miraż, Erato, Kopaliński, Małachowski, Ko­morowska, Goszczyński, A ma­do. Pionowo: dalekopis, pra­widłowość, Opaliński, Stefan Batory, autorka, Iwona, nie­uk, sesja, napis, imago. Se­zam, wyspa, kasza, kustosz, erotyk, nawigator, nauczka, komendant, kanapki, opinia.
NAGRODY
Za prawidłowe rozwiąza­nie krzyżówki z numeru 37 nagrody książkowe wyloso­wali: Aleksandra Wieczor­kowska — Popowo-Kość. n. Bugiem, Zenon Curyło — Klucze, Ola Mironowicz — Warszawa, Dominik Marian Godlewski — Warszawa, Ste­fania Swietlińska — Tarna­wa k. Jędrzejowa, Krystyna Pawłowska — Jarosław, Ja­dwiga Skrzyńska — Warsza­wa. Grażyna Lewicka — Warszawa, Mieczysław Bo­rucki — Wałbrzych, Irena Zakolska — Sopot.
OKIENKO WARSA
To nie wróbel, lecz mazu­rek! (czarna plamka na bia­łym policzku) Zamieszkuje tylko parki i peryferie War­szawy.
Fot. Wiktor Pawłowski
FILMY RADZIECKIE W WARSZAWIE
Rozmowa ze STANISŁAWEM ROSTKOWSKIM dyrektorem Zjednoczenia Rozpowszechniania Filmów
 Po raz pierwszy Dni Filmu Radzieckiego odbywały się w Polsce od 1 do 10 października 1947 roku, a więc 30 lat temu. Ja­kie filmy zaprezentowano wów­czas?
 Na naszych ekranach ukaza­ły się wtedy wielkie dzieła już dziś klasyki radzieckiej: „Admi­rał Nachimow" Pudowkina, „Wiosna" Aleksandrowa, „W imię życia" Zarchiego i Chejfica, „Ostatnia noc" Rajzmana, „Dwaj panowie F" Sawczenki, „Rodzina Artamonowych" Roszala. Od tam­tej pory impreza ta stała się jed­nym z ważniejszych elementów naszego życia kulturalnego. Filmy radzieckie zdobyły sobie szeroką widownię, a niektóre z nich — głośne arcydzieła jak np. nieza-pomiane „Świat się śmieje", „Cichy Don", „Los człowieka" wielka epopeja Ozierowa „Wy­zwolenie" czy „Premia" znalazły się na liście najczęściej ogląda­nych
Oprócz Dni Filmu Radzieckiego do kalendarza wydarzeń kultu­ralnych naszego kraju weszły w ostatnich latach również Wio­senne Spotkania z Filmem Ra­dzieckim oraz kwietniowe im­prezy organizowane z okazji rocz­nic leninowskich.
•— A jak będą przebiegały te­goroczne Dni Filmu Radzieckie­go?
 Organizujemy je w dniach 3—30 listopada jako tradycyjną imprezę kulturalną towarzyszącą, tak jak w latach ubiegłych, ob­chodom rocznicy Wielkiej Socja­listycznej Rewolucji Październi­kowej. W tym roku „Dni" będą miały szczególnie uroczysty cha­rakter. Przede wszystkim zorga­nizowano je we wszystkich miej­skich i wiejskich ośrodkach kul­turalnych kraju. Dotyczy to szczególnie 49 ośrodków wo­jewódzkich. Do województw najnowsze pozycje repertuarowe dotarły po raz pierwszy bez opóźnienia; za pośrednictwem miast wojewódzkich zostaną szybko rozpowszechnione w mias­teczkach i wsiach.
Program tegorocznych „Dni" został tak opracowany, żeby po­pularyzując sztukę filmową wzbo­gacał zarazem i upowszechniał wiedzę o Kraju Rad, o jego osiąg­nięciach, historii życia ludzi, a tym samym służył umacnianiu przyjaźni między naszymi naro­dami. Poza ekranami kin, gdzie
będą pokazywane filmy fabularne i krótkometrażowe, zaprezento­wana zostanie radziecka filmote­ka oświatowa, która posłuży szkolnictwu, instytucjom partyj­nym, organizacjom społecznym, placówkom kulturalnym i zakła­dom pracy.
 Jakie filmy fabularne zoba­czymy w listopadzie?
 Na terenie całego kraju od­będzie się rekordowa, jak dotych­czas, liczba premier filmów ra­dzieckich — aż 11. Zestaw pozy­cji premierowych jest w tym ro­ku bardzo atrakcyjny i reprezen­tacyjny dla ostatnich osiągnięć kinematografii radzieckiej.
 Czy z okazji „Dni" zostaną przypomniane niektóre pozycje świetnej klasyki radzieckiej?
 Naturalnie. Będzie wyświet­lany zarówno „Pancernik «Po-tiomkin»" Eisensteina, jak i kome­die muzyczne nakręcone podczas wojny, a także pozycje nowsze jak „Los człowieka", „Wojna i pokój" Bondarczuka. Generalną koncepcję prezentacji klasyki za­wiera cyki tematyczny (np. Woj­na Ojczyźniana) i autorski (m. in. filmy Bondarczuka i Szukszyna).
Jeśli zaś idzie o bieżący reper­tuar tegoroczny, to bodzie pre­zentowany przede wszystkim w miejscowościach, do których jeszcze nie dotarł. Pokażemy tam znakomitą „Premierę" Nikaelia-na, świetną komedię „Afonia" Danielij, którą jeszcze we wrześ­niu obejrzało pól miliona widzów, „Tę jedyną" Chejfica, „Wybór celu" Tałankina i inne. Kina wiejskie i objazdowe otrzymają także specjalne zestawy tema­tyczne i to zarówno na kopiach 35 mm, jak i 16 mm.
 A filmy oświatowe?
 W sumie będzie ich ponad 300, w kilku zestawach tematycz­nych: „Historia ZSRR", „Dzia­łalność Lenina i Wielka Socjalis­tyczna Rewolucja Październiko­wa", „Wielka Wojna Ojczyźniana", „Zwycięstwo nad faszyzmem", „Nauka radziecka o Ziemi i kos­mosie", „Kultura i folklor naro­dów radzieckich" itd. Filmy te oraz wystawy plakatów i fotosów zostaną włączone do programu imprez i uroczystości listopado­wych.
Domy Towarowe Centrum
Fot, Jacek Sielski
Od CDT do „Centrum"
Czy pamiętacie Państwo o-twarcie w 1951 r. pierwszego do­mu towarowego w Warszawie, popularnego „Pedeciaka"? Czy komu było po drodze, czy po­trzebował, czy nie, po zakupy udawano się przede wszystkim właśnie na Bracką. Pierwszy w stolicy supermarket potraktowa­ny był przez warszawiaków jak zwykle — emocjonalnie.
Później uruchamiano inne: Centralny Dom Dziecka, PDT „Praga", ,^Wola" i wreszcie już w 1965 r. powstaje Przedsiębior­stwo Państwowe pn. Domy To­warowe w Budowie, działające od 1968 r. pod znakiem „Cen­trum",
Następowała budowa Ściany Wschodniej: „Juniora", „Sawy", „Warsa". Wraz z oddaniem ich do użytku stworzono warszaw­skie city: szkło, aluminium, ele­ganckie patia: wiosną specjalne odmiany tulipanów sprowadza­nych z Holandii, wieczorem kolo­rowe neony i tturay, tłumy; pod­niecone, spieszące po zakupy, atmosfera wydawania pieniędzy, szukania okazji. Okres „wielkie­go Albina" — jak nieco poufale nazywaliśmy ówczesnego dyrek­tora Domów „Centrum".
W 1952 r. obroty pierwszych domów towarowych wynosiły 390 min złotych, natomiast w 1976 r. obroty DT „Centrum" oko­ło 4449 min. To jest wielki mar­keting, w którym z jednej stro­ny chodzi o zapewnienie odpo­wiedniej ilości towarów dosto­sowanych do istniejącego popy­tu, zaś z drugiej strony kształ­towanie gustów i upodobań klientów, a więc już wkraczanie
w sferę zagadnień o charakterze socjologicznym.
Sypnęły się specjalne umowy z przedsiębiorstwami: wyroby wykonywane na wyłączność przedsiębiorstwa; bezpośrednie dostawy z zakładów produkcyj­nych oraz umowy patronackie. No i zagadnienie rynku mło­dzieżowego. Hasło „Junior" — znaczy uibrać się modnie, zgod­nie z zaleceniami światowej mo­dy, choć nie zawsze za grosik. DT „Centrum" nawiązały współ­pracę w zakresie własnej wy­miany towarowej z zagranicą — z krajami kapitalistycznymi (dżinsy, obuwie, dziewiarstwo) i socjalistycznymi (popularne Ty­godnie Przyjaźni).
Jest jeszcze operatywnie pro­wadzona akcja informacyjno-po-pulary zatorska: dobra reklama nowości rynkowych. Kto nie pa­mięta „Wiosennych płaszczy" ko­lekcji Barbary Hoff czy uroczych „Firanek mojej balbuni" — niech żałuje.
Najpopularniejsze w Warsza­wie dziewczyny — /to sprzedaw­czynie z DT ^Centrum", kadra kobieca stanowi 99 proc. załogi. Szefem DT „Centrum", którego potencjał składa się obecnie z 36 domów towarowych, a 6 pod­lega bezpośrednio Zarządowi Przedsiębiorstwa w Warszawie, pozostałe zgrupowano w 15 od­działach działających na terenie 20 województw, jest pani Tere­sa Lew tak -Statt! er owa — lubi nowoczesność: w sposobie zarzą­dzania, w marketingu i... we współczesnej, sztuce. Jej to wraz z załogą z okazji 25-lecia DT „Centrum" życzymy samych suk­cesów. (Ir)
15
^ DO-RO Z FOTELEM
zaczyna się uważać za „świętą krowę", która ma już tylko prawa, a zrzuciła z grzbietu obowiązek optymalnego zaanga­żowania w pracę. Takich ludzi winniśmy wysadzać z foteli.
Cały ten felieton jest refleksją wywołaną przez przypadek konkretny (jak zwykle), chociaż ta refleksja czai się w naszej świadomości nieustannie. Styk z realiami, stały, uprecyzyjnia spostrzeżenia. Od dłuższego czasu obcuję z dwoma związanymi nitką tej samej, ulicy (Afrykańskiej) placówkami obsługujący­mi mieszkańców sporego osiedla. Ze sklepem spożywczym i z pralnią. W obydwu są niedobory pracowników spowodowane różnymi przyczynami, od kadrowych po chorobowe. W oby­dwu stan personelu jest niekompletny, raz w mniejszym, raz w większym stopniu. I co się wówczas dzieje?
W dużym społemowskim SAM-ie nr. 868 kiedy np. przycho­dzi transport, te kierownicze figury z 5-osobowego „sztabu", które znajdują się akurat na danej zmianie, biorą się za robo­tę fizyczną zamiast zwalać wszystko na zmniejszony, a przeto zaganiany personel, bo chodzi o sprawność wyładowania i roz­lokowania towaru na półkach, czyli o dobro stojącego w ko­lejce klienta. Ci sami ludzie nie wstydzą się normalnie „pil­nować" sklepu i robią nawet więcej, niż do nich należy (pa­miętam przedświąteczny wieczór, kiedy nawalił transport pie­karni i wówczas ktoś z kierownictwa przywiózł chleb dla kil­kuset przerażonych widmem bezchlebowej niedzieli ludzi, na własny koszt i to po godzinie 20, kiedy miał już prawo leżeć w łóżku!). Taka postawa jest rzecz prosta postawą obywatel­ską, ale zostawmy na boku pompatyczne określenia — jest ona po prostu uczciwą pracą na kierowniczym stanowisku.
W pralni przy pętli 117 (na drzwiach hasło-szyderstwo: „Zawsze do usług") samotna dziewczyna biega z jednego krań­ca sali (pulpit wydawania) na drugi (przyjmowanie), a ludzie klną zamiast śmiać się z teji farsy- Kierowniczka jest tam po­stacią mityczną, rezydującą na dalekich tyłach (na zapleczu)^ a jedyny z nią kontakt wizualny na sali to kojąca wywieszka: .yKsiążka skarg i wniosków u kierownictwa".
Znam takich profesorów, międzynarodowe sławy, którzy pod­czas dwudniowej choroby sprzątaczki chwytają za miotłę miast wcisnąć ją asystentowi lub gońcowi. Tylko proszę nie interpretować złośliwie tego stwierdzenia, bo ja wcale nie na­mawiam, by profesorowie zamiatali swe gabinety. Rozumiemy, się, o co chodzi. O stosunek do pracy u ludzi, którzy z krzesła przesiedli się na fotel. O nie wypinanie się arystokratyczne ,^nad poziomy".
WALDEMAR ŁYSIAK
W HERBIE
Etyka pracy bossa alias szefa. Temat pasjonujący wszystkich pracowników jak kryminał Joe Alexa wszystkich wielbicieli kryminałów...
Każdy przełożony ma stosunek do pracy swoich podwład­nych i swojej własnej, w tym drugim przypadku prawie zaw­sze entuzjastyczny. Rzecz w tym, że już o wiele rzadziej ta ocena pokrywa się z oceną podwładnych, klientów, interesan­tów i innych obserwatorów szefa. Oczywiście dopóki oni sami nie staną się szefami. Z tym jest jak z właścicielami samocho­dów i z pieszymi. Pieszy ma często „za złe" kierowcy tysiąc i jedno przestępstwo względem pieszych, dopóki sam nie kupi Fiata i nie przemieni się w automobilowego neofitę gardzące­go tłumem piechurów. Wielu podwładnych również zmienia się radykalnie w chwili, kiedy bierze ich w swoje czułe objęcia awans.
Jednym z największych komplementów, jakimi obdarza się ludzi „mieszkających" w encyklopediach, biografiach i epita­fiach jest stereotypowe stwierdzenie: „Wymagał od siebie tyle samo, co od swoich ludzi, lub więcej". Albo: „Był dla siebie bardziej surowy niż dla podwładnych". Mnóstwo ludzi uważa, że Napoleon był wielkim człowiekiem nie dlatego, że wygry­wał bitwy ale dlatego że jeśli podczas kampanii zabrakło żyw­ności dla arrnii jadł to samo (suchary) co prości żołnierze, chociaż mógł dostać kurczaka, a kiedy padał rozkaz ze sztabu: „Konie tylko dla rannych!", on, „cesarz Europy", szedł pieszo.
Typowy zły kierownik — a takich namnożyło się zbyt wie­lu i wciąż się mnożą — nie tylko nie jest dla siebie bardziej surowy, ale nie lubi chodzić pieszo (zabrania używać samo­chodów służbowych- do celów prywatnych, chociaż sam jeździ „służbówką" na weekendy), nie lubi gimnastykować się umy­słowo (nawołuje do samokształcenia, chociaż sam studiuje wy­łącznie książkę telefoniczną i to za pomocą sekretarki) i nie lubi przepracowywać się (szermuje jakże słusznym hasłem zwiększania wydajności i szukania rezerw, nie wykrzesywu-jąc z.siebie już nie tylko rezerw, ale nawet minimalnych za­sobów pracowitości). Taki człowiek w trzy doby po awansie
i
W badaniu przyczyn katastro­fy „„zaznaczyć należy, że wszel­kie przypuszczenia co do rozmy­ślnych uszkodzeń lub złej woli są bezwzględnie wyłączone". Wśród poszkodowanych — było dwóch pracowników kotłowni: Wincenty Gongorowski, lat 26 i Franciszek Nerto, lat 30 — obaj poparzeni. W dalszej części ko­munikatu czytamy, że „,... 38-let-ni palacz Piotr Łędzianowski za­walony jest gruzami i o wydo­byciu go i uratowaniu nie mo­gło być już mowy". I rzeczywiś­cie dopiero w dniu 20 kwietnia, tzn. w tydzień po katastrofie — ukazuje się w prasie informacja, że dnia 19 kwietnia odkopano zwłoki wspomnianego palacza i przewieziono je do prosektorium.
W dniu 21 kwietnia odbył się na Cmentarzu Powązkowskim pogrzeb Piotra Lędziakowskiego, w którym udział wzięło ducho­wieństwo, władze tramwajów miejskich i pracownicy, rodzina oraz licznie zgromadzeni miesz­kańcy Warszawy. Żegnając zmarłego dyrektor tramwajów miejskich podkreślił, że „...zmar­ły aczkolwiek zajmował skrom­ne stanowisko kotłowego był jednak w rzeczywistości czynni­kiem ważnym w tak wielkim przedsiębiorstwie jak tramwaje miejskie".
Fakt. że do tego czasu sytuacja komunikacyjna w Warszawie, spo­wodowana unieruchomieniem tram­wajów, nie uległa poprawie — był przyczyna wielorakich propozycji i interwencji. Sugerowano np. uru­chomienie tramwajów konnych, pro­ponując wynajem koni od prywat­nych przedsiębiorstw, ale projekt ten nie został rozpatrzony pozytywnie przez Magistrat. Stan ten był nato­miast korzystny dla dorożkarzy i właścicieli tzw. „omnibusów", którzy
znaleźli .....setki koni i uruchomili
dziesiątki ohydnych wozów...". Cie-
kawa notatkę znajdujemy w „Kurie­rze Warszawskim" z dnia 7 kwietnia. Zawiera ona prośbę do kierowników szkół, aby zajęcia w szkołach rozpo­czynać o godzinie 9 (zamiast o 8), bowiem pozbawione komunikacji ..... dzieci zmuszone są nieść niejed­nokrotnie duży ciężar w postaci nad­miernej ilości książek i kajetów" — przebywając znaczne odległości.
Dopiero 22 maja 1917 roku „Kurier
Warszawski" doniósł, że ..... wczoraj
o godzinie 6 wieczorem uruchomio­no tramwaje elektryczne. Na próbę wysłano N° 17 miedzy Placem Zba­wiciela a dworcem Kowelskim. Pró­by wypadły dodatnio". Tak rozpo­częło sie stopniowe uruchamianie warszawskiej komunikacji tramwajo­wej, przerwanej w tragicznym dniu 13 kwietnia tegoż roku.
Minęło blisko 60 lat od wspomnianych wydarzeń; wyda­rzeń, którymi żyła cała ówczes­na ludność Warszawy, bowiem odbiły się one wyraźnie na ży­ciu niemal wszystkichi jej miesz­kańców. Dziś o wydarzeniach tych pozostał ślad w postaci do­niesień i komunikatów oraz ar­tykułów ówczesnej prasy, pozo­stającej na półkach bibliotek i czytelni. Pozostał również po­wązkowski grób — grób ofiary wykonywanego codziennego obo­wiązku pracy zawodowej — grób z pomnikiem pokrytym „rdzą niepamięci". Wydaje się, że uza­sadniona jest potrzeba opieki i konserwacji tego grobu — po­trzeba życzliwej pamięci o tej mogile, która może być symbo­lem ofiar wypadków przy pracy pracowników zatrudnionych' w miejskiej komunikacji warszaw­skiej, zawsze tak ważnej dla roz­woju naszego miasta. PS. Uwaga: błędy w cytatach (odnośnie różnicy w nazwisku oraz odnośnie przypadków) — zachowane są według oryginal­nych tekstów.
MIROSŁAW ORNOWSKI
Z OTWARTYCH SZKATUŁ
REFLEKSJE NAD STARYM GROBEM
Masywna, ciężka, oryginalna konstrukcja krzyża żelaznego, pokrytego rdzą, zwraca uwagę przechodniów mijających kwate­rę 220 Cmentarza Powązkow­skiego. U podnóża pomnika krzyża tablica żelazna, również
pokryta rdzą, a na niej napis: „Sp. Piotr Lędziakowski urodzo­ny dn. 15.111.1873 r. — poległ na stanowisku przy wybuchu kotła elektrowni tramwajów miejskich w dn 13 kwietnia 1917 r. Cześć dzielnemu pracownikowi".
Grób ten jest pomnikiem, przypominającym wielką kata­strofę, której następstwem była śmierć pochowanego w tym gro­bie człowieka., osierocenie jego rodziny — żony i trojga nielet­nich dzieci, a ponadto — długo­trwała przerwa w komunikacji tramwajowej na wszystkich' li­niach Warszawy.
W dniu 15 kwietnia 1917 roku — krótki komunikat na pier­wszej stronie „Kuriera Warszaw­skiego" doniósł: „zawiadamia się, że z powodu eksplozji kotła wywołanej defektem materiału, ruch tramwajowy wstrzymany być musi na czas nieograniczo­ny". Na dalszych stronach tego Ku­riera znajdujemy szerszy opis katastrofy, która miała miejsce w dniu 13 kwietnia o godzinie 9 wieczorem w centralnej kotłow­ni tramwajów miejskich na rogu ulic Towarowej i Grzybowskiej. Wybuch kotła spowodował za>-walenie się dwupiętrowego bu­dynku. W tym momencie przer­wana została komunikacja tram­wajowa.
3. Mniejszym błędem jest podanie 4 nazw cegielni, z których dwie, w Oborach i Chylicach, są dość dawno zlikwidowane.
4. Podobnie nie ma w Kon­stancinie stadionu sportowe-go.Istnieje jedynie przyza­kładowy stadionik przy pa­pierni Mirków w Jeziornie. W Konstancinie jest nato­miast przystanek PKS: „Plac Sportowy" przy pustym pia­szczystym wygonie
5. Według artykułu Kon­stancin jest miejscowością letniskową, w której znajdu­je się centrum rehabilitacji prof. Weissa, zatrudniające 1500 osób. Tymczasem od ok. 10 lat Konstancin jest „Pań­stwowym Uzdrowiskiem" po­siadającym solankę typu ciechocińskiego, wprawdzie w nieeksploatowanym od­wiercie głębinowym. W u-zdrowisku tym poza prowa­dzonym przez prof. M. Weis­sa Stołecznym Zespołem Re­habilitacji z oddziałem w Chylicach dla dzieci i budu­jącym się od kilku lat w Konstancinie oddziałem przy­sposobienia dorosłych do nowych zawodów, pracują oddziały: Państwowego In­stytutu Reumatologicznego i Lecznicy Min. Zdrowia i Opieki Społecznej, sanatoria: dla nerwowo chorych i' dla chirurgii dziecięcej oraz 3 sanatoria uzdrowiska. Poza tym jest tu 7 domów dziec­ka, parę domów rencistów (np. ZASP i PAN) oraz kil­ka domów pracy twórczej (np. ZAIKS i ZLP). Spośród starej zabudowy Konstancina i Skolimowa zgłoszono około 100 obiektów do Wojewódz-
kiego Konserwatora Zabyt­ków a obszar ten ma być uznany za „zespół zabytko­wy". O blaskach i cieniach tego miasta — uzdrowiska, lezącego bezpośrednio przy granicy Warszawy, można by napisać cykl artykułów, nie można jednak kwitować go jednym zdaniem jak to uczy­nił autor
6. Podobnie nie wspomnia­no w artykule ani jednym «lowein o takich ośrodkach wczasowych jak Zalesie Gór­ne i Dolne.
7. Według artykułu jest ten „teren mało zalesiony". — Tymczasem właściwie na po­łudnie od rzeki Jeziorki jest on prawie całkowicie pokry­ty lasami. Większość z nich to nadleśnictwo „Chojnów" oraz lasy komunalne i pry­watne parcele w Klarysewie, Konstancinie, Królewskiej Górze, Skolimowie, Chyli­cach, Baniosze, obydwu Za­lesiach i Chojnowie. Można oszacować zalesienie tego te­renu na ok. 30—40%.
8. Co może jest najważniej­sze, to to, że z całości arty­kułu zupełnie nie wynika •ogólny charakter tego tere­nu, który jest wybitnie wcza-sowo-uzdrowiskowy i powi­nien nadal odgrywać taką właśnie rolę dla Warszawy, podobnie, lecz w zupełnie innym rodzaju niż okrąg Otwocki czy Zalewu Zegrzyń­skiego. Natomiast pod wzglę­dem uprzemysłowienia i ko­munikacji rejon południowy ustępuje znacznie obszarom na zachód 1 wschód od sto­licy, co ma swoje dodatnie i ujemne strony Na zakoń-
czenie pozwolę sobie pod­kreślić, że inicjatywę Redak­cji opublikowania cyklu ar­tykułów o poszczególnych częściach nowego Wojewódz­twa Stołecznego uważam za niezwykle cenną i na cza­sie — kończy swój list p. Jan Zawistowski".
Dziękujemy Autorowi listu za cenne uzupełnienie nasze­go artykułu i sprostowanie nieścisłości, za które prze­praszamy Czytelników.
■ Informacja podana w arty­kule Z. Pacak-Kuźmirskiego pt.: „Broniliśmy także Zam­ku" opublikowana na ła­mach „Stolicy" (nr 51/52 z 23—30.XII.1975), że tylko „cywilna załoga z prof. dr. S. Lorentzem z narażeniem życia ratowała zabytki i dzieła sztuki", nie jest ści­sła. Od 9—15 września 1939 r. ochronę Zamku sprawowała 1 komp. WP wchodząca w skład Baonu P.W. Toruń-Po-znań, którego dowódcą był mjr Wiśniewski. Gdzieś od 10 względnie 11 września (dokładnej daty nie pamię­tam) zostaliśmy zatrudnieni przy wywożeniu dzieł sztu­ki z Zamku — pisze p. doc. dr. hab. Henryk Cąsioroio-ski. — Jedynym dowodem tej działalności jest moja le­gitymacja z tego okresu. Do końca obrony Warszawy bra­liśmy czynny udział w służ­bie pomocniczej. Po kapitu­lacji w mundurach wojsko­wych opuściliśmy stolicę ra­zem ze starymi żołnierzami (ja miałem wówczas jak i większość moich towarzyszy broni 16 lat, byliśmy ucznia­mi gimnazjalnymi) i po krót-
kim pobycie w tymczaso­wych obozach w Pruszkowie i w Błoniu zostaliśmy prze­wiezieni w rejon swego mieszkania. Ja i moi naj­bliżsi koledzy, mimo że po­siadaliśmy zwolnienie (pod­pisane przez dowódcę hitle­rowskiej Vin-armii) zostaliś­my umieszczeni w obozie je­nieckim w Górnej Grupie pod Grudziądzem.
Dziękujemy za cenną in­formację
■ W odpowiedzi p. Zenono­wi Kowalewskiemu z Wrocła­wia na list w sprawie wyści­gów konnych.
Dla nas jest rzeczą istotną, jakie konie są faworytami. Można naturalnie, powiedzieć, że to wszystka nas nie ob­chodzi, totalizator nas nie obchodzi, Komisja Technicz­na nas nie obchodzi Nic nas nie obchodzi i dżokeje nas nie obchodzą. Ale co publi­czność ma powiedzieć, jeżeli przyszły konie nie fawory­zowane i totalizator porząd­kowy wypłaca tylko po 70 zł? A są takie gonitwy.
Nie jesteśmy podejrzliwi i nie wiążemy swoich emocji z totalizatorem. Ale musimy wyprowadzić z tego jakiś wniosek. Nie ten, że wszy­stkie takie gonitwy są „ro­bione", tylko, że musimy się zawsze interesować, jakie konie były faworyzowane. To jest istotna kwestia. W chemicznie czystym stanie nie możemy oceniać wyścl-
WARSZAWSKA
■ P. mgr inź. Jan Zawistow­ski nadesłał list o charakte­rze sprostowania — „w zwią­zku z opublikowanym w nr. 30/75 artykułem pt. „Na po­łudnie od Warszawy".
1, Wymieniając nazwy miast tego regionu pominięto Tarczyn i podano Jeziorne i Konstancin jako dwa miasta
 pisze p. Jan Zawistowski
 podczas gdy od półtora ro­ku zostały one połączone pod nazwą Konstancin-Je­ziorna, obejmując tereny dawnych miejscowości: Kla-rysew, Jeziorne, Konstancin. Królewską Górą, Skolimów i Chylice oraz gminę „Jezior­ne".
2. Kolejki wąskotorowe,tzw. „ciuchcie": Wilanowska i Grójecka — zostały przed szeregiem lat na tym tere­nie zlikwidowane. Obszar ten przecina obecnie jedna linia PKP z Warszawy przez Piaseczno do Radomia oraz na południowym obrzeżu te­go terenu przebiega odcinek Tarczyn—Góra Kalwaria linii Skierniewice—Łuków. Rzut oka na mapę wystarczy by ocenić, że zagęszczenie linii kolejowych w tej części wo­jewództwa jest znacznie mniejsze niż w częściach na zachód i wschód od stolicy.
i nadziejami wobec tych, którzy nastają i zostaną po nas. Sądzę, iż ludzie, o któ­rych wyżej mówiliśmy, winni być pewne­go rodzaju wzorcem dla żyjących i wcho­dzących w życie. Oczywiście nie w sensie dosłownych np. reprezentowanych przez nich poglądów filozoficznych czy politycz­nych, bowiem między wieloma z tych lu­dzi nie było nie tylko żadnego iunctim, a często wręcz antagonizm nie do pogodze­nia. Rumińskiego na przykład i Kwiatkow­skiego dzieliła cała skala różnic politycz­nych, trudno także porównywać Wańko­wicza z Kruczkowskim, czy Broniewskim. Jest jednak pewna nić, która te indywi­dualności łączy: priorytet interesu społe­cznego, wysokie wymagania wobec włas­nych zadań, niestrudzona praca, posiadanie własnych poglądów i umiejętności ich obrony, poczucie odpowiedzialności za siebie i za całość.
Nikt już nie pragnie, w tak przez his­torię doświadczonym kraju, wstrząsów i dziejowych katharsis jako czynników kształtujących charaktery ludzi i życiory­sy. Jednak nie byłoby dobrze, gdyby god­nym naśladowania było curriculum vitae, w którym słupami milowymi stałoby się nabycie Fiata, wyjazd nad Morze Czarne, wybór do rady zakładowej, no i wreszcie zawal z powodu frustracji.
Dla wychowania społecznego i przy­szłych losów potomnych nie jest bowiem obojętne, czy dostaje się zawału wskutek frustracji na tle tak zwanych „układów" i nie zaspokojonych ambicji, czy też z przejęcia się sprawami swego kraju, na­rodu, idei.
WEL
1 ...„natomiast trzęsą się portki pętakom". (K. I. Gałczyński).
Jesteśmy świadkami odchodzenia niezwy­kłego pokolenia Polaków. W ciągu ostatnich lat zmarli tacy ludzie, jak profesorowie Sta­nisław Pigoń, Julian Krzyżanowski, Bro­nisław Wieczorkiewicz, Zenon Klemensie­wicz, Marian Falski, Witold Doroszewski, Jan Zygmunt Jakubowski, Zdzisław Ra-jewski, Stanisław Herbst, Janusz Woliński, Wacław Sierpiński, Leon i Tadeusz Man-teuffelowie czy działacze jak Franciszek Łęczycki, Bolesław Rumiński, Eugeniusz Kwiatkowski, Bolesław Krupiński, gen. Roman Abraham i wielu innych.
Wymieniłem tylko część wybitnych lu­dzi, którzy nas opuścili, nie klasyfikując ich według profesji, hierarchii zasług czy poglądów ideowych. Mimo bowiem różnic między nimi, często znacznych, stanowili oni szczególny pomost między jakże od­ległymi, a jednocześnie zazębiającymi się okresami historii naszego narodu: od za­borów, przez walkę o niepodległość Polski, tworzenie nowej porozbiorowej państwo­wości i kultury, przez walkę z najeźdźcą hitlerowskim, po odbudowę kraju i two­rzenie nowej ludowej rzeczywistości. Nie­którzy z tych ludzi brali udział we wszy­stkich fazach historycznych przemian osta­tnich kilkudziesięciu lat. Cóż to są za życiorysy! Jakie ciężary ci ludzie dźwigali na swoich barkach, jaką odpowiedzialność brali, jakich niezwykłych zdarzeń byli świadkami i uczestnikami, jakie przeży­wali klęski i triumfy. Takie pokolenia rzadko zdarzają się w historii społeczeń-
stwa. I możemy chyba już dziś powiedzieć, że ludzie ci sprostali historii, skutecznie tworzyli ciągłość, bez której degradują się i giną narody. Można do nich odnieść pa­tetyczne słowa poety: „Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom ro­sną skrzydła"..}
W jednym z esejów na temat sytuacji Anglii przeczytałem, że mimo trudnej i skomplikowanej sytuacji, kraj ten dyspo­nuje wielu wartościami, że jest to prze­de wszystkim kraj ludzi kompetentnych. Autor chciał zapewne powiedzieć, że lu­dzie w tym kraju wykonując określoną pracę — znają się na rzeczy, że są za sie­bie i za jej wyniki odpowiedzialni. Otóż wymienieni przeze mnie na wstępie, zmarli, byli właśnie ludźmi kompetentny­mi. Wykonywali określone prace i zadania i znali się na nich bez żadnych wątpliwo­ści. Powiedzmy więcej — ludzie ci w cią­gu półwiecza tworzyli kulturę, naukę pol­ską, rzeczywistość społeczną i nadawali jej wysoki ton wewnątrz kraju i budzącą szacunek rangę na świecie.
Byli kimś w swoim środowisku i dla ogółu, a ich pozycja opierała się nie na mocy oficjalnych tytułów, lecz na kompe­tencji (a była to kompetencja wysokiej próby), na rzeczywistym dorobku, a tak­że takich cechach, jak odwaga cywilna, odwaga myślenia, posiadanie własnego zdania i odwaga bronienia tego zdania.
Te listopadowe rozmyślania o odchodzą­cych muszą się łączyć z myślami, troskami
REDAKCJA: uL Marszałkowska 8. 00-590 Warszawa, tel. centrali 21-50-5». Redaktor Naczelny: Leszek Wysznacki. WYDAWCA: Warszawskie Wyd. Prasowe RSW „Prasa-Ksiąika-Ruch", Al. Jerozolimskie 125/127, 02-017 Warszawa, tel. 28-89-49. Prenumeratę dla odbiorców krajowych przyjmują Od* działy RSW „Prasa—Książka—Ruch" oraz urzędy pocztowe 1 doręczyciele — w terminach: — do 25 listopada na styczeń, I kwartał, I półrocze roku następnego i na cały rok następny; do dnia 10 miesiąca, poprzedzającego okres prenumeraty na pozostałe okresy roku bieżącego. Cena prenumeraty: kwartalnej 39 zł; półrocznej 78 xi; rocznej 156 zł. Jednostki gospodarki uspołecznionej, instytucje i organizacje społeczno-polityczne składają za­mówienia w miejscowych Oddziałach RSW „Prasa—Książka—Ruch". Zakłady pracy i instytucje w miejscowościach, W których nie ma Oddziałów RSW oraz prenumeratorzy indywidualni, zamawiają prenumeratę w urzędach pocztowych lub u doręczycieli. Prenumeratę ze zleceniem wysyłki za granicę, która jest o 50% droższa od prenumeraty krajowej, przyjmuje RSW „Prasa—Książka—Ruch", Centrala Kolportażu Prasy 1 Wydawnictw, ul. Towarowa 28, 00-958 Warszawa, konto PKO nr 1531-71 — w terminach podanych dla prenumeraty krajowej. Rękopisów nie zamówionych redak­cja nie zwraca. Nr indeksu 37 636 DRUK: Zakłady Wklęsłodrukowe RSW „Prasa-Książka-Ruch". uL Okopowa 58/72. 01-042 Warszawa. Zam. 177L J-51, J-28.
15
działa, że od kilku dni poszukują Stanisława Wieluńskiego, który po­został w Baranowicach. Wyskoczyłem z wagonu Wprost w objęcia nowych przyjaciół. Ich zdumie­nie nie miało granic, gdyż zobaczyli mnie w ubra­niu darowanym przez Mikołaja Murałowa w Moskwie. „W tym ubio­rze nie możesz przybyć do Warszawy, gdyż pierwszy napotkany nie­miecki patrol aresztuje ciebie i odprowadzi do niemieckiej komendantu­ry. Pójdziesz z nami do punktu PCK na dworcu, gdzie przebierzesz się w inne ubranie. Dostaniesz od nas kartkę od Jerze­go Sawy, w której masz dyspozycje, dokąd masz się udać w Warszawie".
Na dworcu kolejowym w punkcie PCK delega­cja „bratniaka" oświad­czyła mi, że niemiecka kolejowa żandarmeria na szlaku kolejowym poszu­kuje mnie, że nie wolno mi ryzykować na prze­jazd w jakimkolwiek transporcie i że odwiozą mnie do Warszawy z Siedlec pociągiem osobo­wym.
W kartce doręczonej mi od Jerzego Sawy było napisane, że po przyby­ciu do Warszawy mam się zgłosić do wychowaw­cy bursy p. Zbudniewka przy ul. Grzybowskiej 48. W asyście studentów z ,jbratniaka" przyjechałem szczęśliwie na ówczesny Brzeski Dworzec Kolejo­wy (obecnie zwany Dwor­cem Wschodnim). Za 15 fenigów na przednim po­moście dojechałem do Śródmieścia z moimi
przyjaciółmi z ,ybratnia-ka", a następnie prze­siadłem się w tramwaj linii „O" zwanej okólną za dalsze 15 fenigów. Przy pożegnaniu ze mną studenciaki radzili mi, jak najszybciej pozbyć się kłopotliwego ubrania i czapki, które trzymałem pod pachą zwinięte w paczkę i obwiązane pa­pierowym sznurkiem Konduktor tramwaju po­informował mnie, że za 15 fenigów wykupiony bilet u konduktora upo­ważnia do .przejazdu na pomoście motorniczego lub w drugim wagonie na ostatnim pomoście. Nato­miast wewnątrz wagonów i na pomoście tylnym motorowego wagonu pła­ci się 25 fenigów. Nie­które wagony przednie miały wykładane pluszem ławki.
Po tylu latach nie mo­głem poznać Warszawy. Na jej ulicach zauważy­łem przygnębienie mie­szkańców. Rzadko spo­tykałem uśmiechniętą twarz, chyba że były to dzieci lub młodzież. Pra­wie wszyscy na nogach mieli obuwie o drewnia­nym spodzie, a zamiast skórzanej cholewki — cholewkę z szarego płót­na. Ponieważ jeszcze by­ło ciepło, kobiety chodzi­ły bez pończoch, a męż­czyźni bez skarpetek. Za­zdrosnym okiem spoglą­dano na moje skórzane długie huty.
Wychowawca Zbudnie-wek wyniośle mnie przy­jął, nie podając ręki. Wskazał mi łóżko przy­kryte kocem z przeście­radłem i poduszkę w po-włoczce. Chciałem wy­nieść się z niegościnnej bursy, jednak nie miałem gdzie zamieszkać. Przy­pomniałem sobie, że Fe­lek Rossoliński z siostrą Janiną i rodzicami przy­był do Warszawy z Mo­skwy w jednym z pierw­szych transportów. W biurze adresowym uzy­skałem ich adres i posta­nowiłem ich odwiedzić. Wcześniej jednak chcia­łem sprzedać czapkę i ubranie. W tym celu u-dałem się na słynny war­szawski Kercelak. Opa­nowali mnie Żydzi han­dlarze, a gdy zobaczyli, jak określali ..cymes" ubranie — wyrywali mi je z ręki. Ostatecznie sprzedałem czapkę i ubra­nie za 350 marek. Na straganie kupiłem 4 bu­łeczki z serem, każda ko­sztowała 50 fenigów.. By­łem bardzo głodny.
Ludność otrzymywała żywność na kartki żyw­nościowe. Za odpowied­nio wycięte numerki na­bywała przydziałowy chleb z domieszką mie­lonych kasztanów i in­nych „ersatzów". Nie by­ło przydziału cukru, na­tomiast na kartki mar­molada z buraków oraz raz w tygodniu 25 gra-
mów ochłapów mięsa lub kości. W bursie na śniadanie otrzymywali­śmy kawałek przydziało­wego chleba posmarowa­ny skąpo buraczaną mar­moladą oraz kubek zbo­żowej kawy bez cukru. Ludność i wychowanko­wie bursy kupowali w sklepach spożywczych lub drogeriach sacharynę — szwabski produkt. Na obiad mieliśmy „Waser-,zuipkę" — przezwaną trą-bizupką, w której było parę plasterków kartofli, liście kapusty i buracza­ne; na kolację podobna zupka bez chleba. O chle­bie przydziałowym z te­go okresu zapamiętałem krótki wiersz.
Jesteś zaszczytem
chemii i fizyki,
Bo mieścisz w sobie
popiół i guziki.
Pastę do butów i inne piaski,
Chlebie warszawski.
Na Kercelaku spotyka­łem ulicznego śpie­waka. Nazywano go: „Głupi Janek". Zapamię­tałem kilka zwrotek jego poważnej piosenki:
Nie ma chleba, A żyć trzeba. Robotnika ciężki los. Biją dzwony w smutne tony
To kajdanów słychać
głos.
Robotnika dziecko śpi. I o czarnym chlebie
śni.
Czasem Janek głośno nucił: Husia, husia, dia­bli wezmą wnet Wilusia...
Mając niebagatelną sumkę, za sprzedane ubranie i czapkę, chodzi­łem do jadłodajni przy ul. Chłodnej — po obie­dzie głodowym w bursie, w celu najedzenia się do syta. Kupowałem porcją omaszczonych ziemniaków z jarzyną, słodką kapu­stą, buraczkami, mar­chewką lub brukwią. Ta ostatnia niezbyt mi sma­kowała. Odwiedziłem w pobliżu mieszkającą przy ul. Grzybowskiej 68 ro­dzinę Rossolińskich. Skła­dała się ona z ojca Wa­cława, matki Marii, syna Feliksa i córki Janiny. Ojciec Wacław pracował na Poczcie Głównej (ów­czesny plac Napoleona). Cierpieli przysłowiową bryndzę. Mieszkanie skła­dało się z pokoju, ku­chni, ciemnego przedpo­koju i w.c. Ich mieszka­nie zrobiło na mnie przy­gnębiające wrażenie. Idąc do nich planowałem, że może u nich zamieszkam. Nie wystąpiłem z tą proś­bą, a oni też mi nie proponowali. Pozostałem nadal w tej bursie. Jed­nak Wacław Rossoliński po mojej relacji z powro-
tu do Warszawy uważał siebie za mego opiekuna. Na następny dzień po pracy udał się do wy­chowawcy bursy, Zbud­niewka. Następnie wobec całej swej rodziny w mo­jej obecności zdał rela­cję. Zbudniewek był za­skoczony, że przed woj­ną straciłem rodziców, że w Moskwie byłem wy­chowankiem internatu Polskiego Komitetu Po­mocy Ofiarom Wojny. Następnie Zbudniewek powiedział W. Rossoliń-skiemu, że tkwią we mnie lewicowe przekonania i że będzie mnie pilnie ob­serwował. Po tej rozmo­wie zmienił swój stosu­nek do mnie na przy­chylniejszy. Jednak pod­słuchiwał moje rozmowy z wychowankami bursy, gdy po apelu byliśmy w łóżkach, a jeszcze nie spaliśmy. Zbliżał się po­czątek października 1918 roku. Zapisałem się na kurs wstępny Wyższej Szkoły Technicznej Rot-wanda i Wawelberga. Poznałem nowych kole­gów, Artura Kowalczyka, Stanisława Zarzyckiego i innych. Artur mieszkał w Lesznowoli k. Grójca, a ojciec jego był ogrod­nikiem w majątku Koś-min — Czekanowskich, a Stanisław Zarzycki był rdzennym warszawiakiem.
St. Zarzycki wciągnął nas do podziemnej woj­skowej organizacji o le­wicowych poglądach, któ­ra miała kontakty z Po­lakami pracującymi w kancelarii generała Bese-lera, namiestnika cesarza Wilhelma II w okupowa­nej przez Niemców b. Kongresówce. Mieszkał on w Belwederze i tam była jego kancelaria. Cza­sami Beseler jeździł ul. Belwederską, Alejami Ujazdowskimi, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem — na plac Zamkowy do Zamku Kró­lewskiego. Jeździł pięk­nym powozem, zaprzężo­nym w parę, a czasami czwórkę dobrze utrzyma­nych gniadych koni. Je­go świta w podróży, po­za stangretem, składała się z umundurowanego niemieckiego oficera i jakiegoś cywila.
W końcu października 1918 roku nasi informa­torzy donieśli nam, że wojska niemieckie, które liczyły na decydujące zwycięstwo pod twierdzą Verdun, zostały rozbite, a naczelny wódz armii sprzymierzonych, marsza­łek Foch, rozpoczął gene­ralną ofensywę na wszy-skich frontach na Zacho­dzie.
Fragment książki pt. „Żoł­nierskie stopnie wtajemnicze­nia" mającej się ukazać na­kładem Wydawnictwa MON.
STANISŁAW WIELUŃSKI
WARSZAWA ROKU 1918
Aż do Łukowa pociąg nie zatrzymywał się a w Łukowie tylko po to, by obsługa lokomotywy uzu­pełniła dla parowozu za­pas wody. Po dokonaniu tej czynności udaliśmy się w dalszą podróż. Za 2—3 godziny byliśmy w Siedlcach. W Siedlcach nie było widać śladów wojny. Dworzec kolejowy był okazały i widocznie po malowaniu jego ścian. Już była tu prawie cał­kowita obsługa polska. Na przybycie naszego po­ciągu, jak się okazało, oczekiwali — student i studentka w czapkach rogatywkach białych z amarantowym otokiem z tak zwanego „bratniaka" oraz biało-amarantową o-paską na lewym ręku. Poza tym oczekiwała przedstawicielka Czerwo­nego Krzyża. Ta delega­cja odszukała kierownika naszego pociągu, a po odszukaniu go powie-
Z WARSZAWSKIEGO ALBUMU
PLAC TEATRALNY, widok z ul. Bielańskiej. Pocztówkę, wy­daną w 1915 roku przez krakowski Salon Malarzy Polskich, nadesłała p. Maria Kubikowa z Latowicza. Plac ukształtował się w epoce Królestwa Kongresowego. Gmach Teatru Wielkiego powstał w latach 1826—1833 według projektu Antoniego Coraz-ziego w modnym wówczas stylu neoklasycystycznym. Wielka sala teatralna mieściła się w korpusie głównym. Na inaugura­cyjne przedstawienie wybrano Cyrulika Sewilskiego" G. Ros­siniego. Sale Redutowe w skrzydle zachodnim zajął zespól dramatu pod nazwą „Nowy Teatr Rozmaitości", dla którego wkrótce wybudowano nową scenę. Gmach Teatru „Rozmai­tości" dwukrotnie płonął, w 1883 i w 1919 roku. Największy rozkwit tej placówki przypadł na lata siedemdziesiąte ubiegłe­go stulecia. Na scenie wystąpili najwybitniejsi ówcześni akto­rzy, wśród nich Helena Modrzejewska. Wystawiono tu po raz pierwszy utwory J. Słowackiego i A. Fredry. W okresie, gdy wydano pocztówkę, teatr był pod zarządem Zrzeszenia Aktor­skiego Dramatu i Komedii. W 1924 roku w odbudowanym wnę­trzu rozpoczął działalność Teatr Narodowy. (FG.T)