Nr 49 (1513) * Rok XXXI * Warszawa, 5 grudnia 1U70 r. * Cena 3 zł
cznie ku górze. Obecnie zajmuje­my spośród 25 krajów europej­skich pozycję 17 (a dotychczas zajmowaliśmy 20). Pozycja ta jednak nas nie zadowala, naszym dążeniem jest dorównanie Fin­landii, w której współczynnik ten wynosi 11 promille zgonów nie­mowląt, a nawet Szwecji, która ma najniższy współczynnik na świecie 9,6 promille. Pamiętać jednak należy, że w krajach o wysokiej cywilizacji i wysokim poziomie świadczeń zdrowotnych jedne problemy wygasają, jak np problem niektórych chorób za­kaźnych, jednak inne pozostają stale jeszcze nie rozwiązane, a jeszcze inne ujawniają się i na­rastają. W Polsce coraz większy nacisk kładziemy nie tylko na ra­towanie życia, ale również na uzyskanie jego jak najwyższej jakości.
 Jak zdrowie dzieci przedstawia się w poszczególnych regionach kraju?
 Zdrowie dziecka uwarunkowa­ne jest przez cztery podstawowe zespoły czynników: genetyczne, środowiskowe, organizację służ­by zdrowia i poziom świadczeń lekarskich oraz kulturę zdrowot­ną rodziny i społeczeństwa. War­szawa posiada najwięcej lekarzy ginekologów i pediatrów, najwyż­sza jest tu liczba wizyt w gabi­netach lekarskich, wiele faktów może wskazywać na wyrobioną kulturę zdrowotną. Dzieci ze sto­licy są wyższe, więcej ważą w porównaniu z dziećmi w innych miastach. Niemniej nie wolno nie doceniać zanieczyszczeń śro­dowiska wielkomiejskiego i je­go niekorzystnego wpływu na zdrowie, zwłaszcza dzieci. Z przy­krością należy stwierdzić, że za­gadnienie to jest zbyt mało wy­eksponowane, a nawet często traktowane jako marginesowe.
 I dlatego pewnie miejsca zabaw znajdują się coraz bliżej parkingów a niekiedy wręcz na ulicy.
 Bez zrozumienia wagi proble­mu przez wszystkich i zgodnego współdziałania na rzecz ochrony dobra tak cennego, że niewy­miernego — zdrowia, sama służ­ba medyczna niewiele zdziała. W miastach przeważają choroby układu oddechowego, układu nerwowego, choroby alergiczne, urazy. Środowisko wiejskie nato­miast oszczędza dzieciom nad­miaru stressów, pyłów i spalin, toteż należy się spodziewać, że teraz, po wprowadzeniu na wsi powszechnej opieki lekarskiej po­prawiać się będzie jakość biolo­giczna dzieci wiejskich, podnosić na wyższy poziom kultura zdro­wotna, higiena, co przy sprzyja­jącym klimacie sprawi, że dzie­ci wiejskie staną się populacją silniejszą.
 Nawet najbardziej sumienny lekarz nie jest w stanie powiedzieć matce wszystkiego, o pielęgnacji i prawi­dłach rozwoju dziecka, a także co każ­da kobieta wiedzieć powinna o swo­im zdrowiu rzutującym w przyszłoś­ci na zdrowie jej dzieci. Konieczna jest więc odpowiednia literatura po­pularnonaukowa, dostępna w kios­kach „Ruchu". Tymczasem brak jej nawet w księgarniach medycznych
 Dla nas jest to również utru­dnienie, zwłaszcza, że nie cierpi­my na brak dobrych opracowań znanych autorów. Chodzi po pro­stu niekiedy o wznowienia. Ktoś widocznie nie orientuje się w aktualnych potrzebach. Od 1970 roku następuje gwałtowny wzrost liczby porodów i urodzeń. W ro­ku 1975 np. liczba urodzeń ży-
wych wzrosła do 650.000 przera­stając wszelkie, nawet najbar­dziej optymistyczne prognozy de­mograficzne. W konsekwencji do­prowadziło to do nadmiernego zagęszczenia oddziałów położni­czych i noworodkowych, do zbyt­niego skrócenia pobytu kobiety po porodzie w szpitalu, co stwa­rza określone trudności dla służ­by zdrowia i niewygody dla ma­tek.
Wracając do literatury medycz­nej popularnej, jestem za jej ma­sowym rozpowszechnianiem. In­stytut Matki i Dziecka opracował dwie broszurki — ulotki o odży­wianiu i pielęgnowaniu niemo­wląt w pierwszym i drugim pół­roczu życia. Było to skromne, ta­nie wydanie, które otrzymywały nieodpłatnie matki jeszcze w szpitalu, tuż po urodzeniu dziec­ka. Wiemy, że jest to najbardziej poczytna literatura i winna być drukowana w ilości równej licz­bie urodzeń. Poza literaturą na temat pielęgnacji niemowląt wi­dzę ogromną potrzebę szerszego popularyzowania wydawnictw dla młodzieży, szczególnie dla dziewcząt. Od ich sposobu życia, od ich zdrowia zależy nie tylko jakość przyszłego pokolenia, ale również własne szczęście rodzin­ne.
 Czyli przede wszystkim zapobiegać powstawaniu chorób?
 Tak. Przyszłość medycyny le­ży głównie w profilaktyce. Do zagadnień profilaktyki należy ró­wnież zapobieganie występowa­niu chorobom genetycznie uwa­runkowanym. Jest to zagadnie­nie pasjonujące lecz bardzo tru­dne. Stworzyliśmy w Instytucie Zakład Genetyki Człowieka i po­radnię genetyczną, z której ko­rzystają przede wszystkim rodzi­ny tzw. wysokiego ryzyka, tj. ro­dziny posiadające już dziecko obarczone chorobą uwarunkowa­ną genetycznie. W przypadkach w których leczenie jest możliwe, staramy się chorobę rozpoznać przed wystąpieniem jej ciężkich objawów a w przypadkach, w których leczenie, nawet w kra­jach o najwyższym poziomie me­dycyny, jest nieznane — staramy się rozszerzać diagnostykę prena­talną (badanie wód płodowych we wczesnym okresie ciąży) i w przypadku stwierdzenia, że płód jest daną chorobą obciążony, stwarzamy możliwość przerwania ciąży.
Jednak obok czynników gene­tycznych duże znaczenie mają, jak już wspomniałam, czynniki środowiskowe a także okresowe badania profilaktyczne dzieci i młodzieży czyli tzw. bilanse zdro­wia, które stopniowo zaczynamy wprowadzać. Objęte zostały już nimi niemowlęta w pierwszym roku życia i dzieci 6-cio-letnie przed pójściem do szkoły. W tym roku wprowadza się badania dzieci czteroletnich, następnie badania­mi objęte zostaną dzieci 10-letnie, 14 i 18-letnie.
 Dbając o zdrowie niemowląt, dzie­ci i młodzieży przygotowujemy zdro­wych fizycznie i psychicznie przysz­łych rodziców. I tu kolo się zamyka. Chciałabym jeszcze zapytać, jak osią­ga się tak wysoki autorytet jakim cieszy się Instytut Matki i Dziecka?
 Lata pracy na to wpływają. Istotą jest chyba to, że zajmując się zagadnieniami ogólnymi ochrony zdrowia matki, dziecka i młodzieży, nigdy nie tracimy z oczu pojedynczego człowieka.
Rozmawiało BARBARA UBYSZ
fto.mawl.my > prml. 4t. m.4. h«b. KRYSTYNĄ BOŻKOWA - drr.Mor.m INSTYTUTU MATKI I DZIECKA
Instytut Matki i Dziecka został powołany w 1948 r. Do jego głównych zadań należy: prowa­dzenie badań naukowych o cha­rakterze podstawowym i wdroże­niowym, sprawowanie krajowego nadzoru specjalistycznego w za­kresie medycyny wieku rozwojo­wego oraz położnictwa i gineko­logii, świadczenia w zakresie wysokospecjalistycznego lecznic­twa dla dzieci i młodzieży oraz położnictwa i ginekologii a także szkolenie podyplomowe.
Instytut Matki i Dziecka pro­wadzi ścisłą, bezpośrednią współ­pracę naukową z podobnymi in­stytutami krajów socjalistycz­nych oraz z Narodowym Instytu­tem Zdrowia Dziecka i Rozwoju Człowieka w USA, z ośrodkami naukowymi w Finlandii, Szwecji i Francji.
 Tylko matka, której dziecko prze­kracza prog wieku, jaki zamyka mu drogą do przychodni dziecięcej, może najlepiej ocenić pediatryczną służbę zdrowia. Przesunięcie nastolatka do rejonu dla dorosłych staje się niekie­dy dramatem, zwłaszcza, gdy dzieeko wymaga częstej opieki lekarskiej...
 Ocena wystawiona przez mat­kę najbardziej satysfakcjonuje, jednak i wśród osób nie związa­nych emocjonalnie ze służbą pe­diatryczną znajdujemy uznanie. Wprawdzie wyposażenie naszych placówek ma szereg braków, jed­nak nasza myśl naukowa oraz organizacja opieki nad matką i dzieckiem oceniane są bardzo wysoko również za granicą. Pol­ska koncepcja medycyny wieku rozwojowego znajduje uznanie nie tylko w kręgach pediatrów, ale także organizatorów ochrony zdrowia, nawet Światowa Orga­nizacja Zdrowia interesuje się tą koncepcją.
 Na czym ona polega?
 U podstawy tego pojęcia leży fakt istnienia ścisłego związku między rozwojem płodu a póź­niejszym rozwojem dziecka. Dla­tego medycyna wieku rozwojo­wego obejmuje problemy zdrowia kobiet, zwłaszcza w wieku roz­rodczym tj. w okresie przed po­częciem a następnie w okresie ciąży, oraz zdrowia noworodków, dzieci i młodzieży do 19 roku ży­cia. Zadaniem jest przygotowa­nie młodzieży do życia w rodzi­nie, zarówno w aspekcie biolo­gicznym jak i wychowawczym o-raz społecznym. Dąży się do oto­czenia opieką lekarską każdej
potencjalnej matki oraz prowa­dzenia stałej, regularnej kontroli stanu zdrowia kobiety ciężarnej od najwcześniejszego okresu cią­ży. Jak dużą wagę nadaje się za­gadnieniu, świadczy raport Mini­sterstwa Zdrowia i Opieki Spo­łecznej o stanie zdrowia i opie­ce zdrowotnej nad kobietami wraz z programem działania na lata 1976—1990. Wskazuje on jak wiele jest jeszcze do zrobienia.
 Nieco wcześniej powstał podobny raport dotyczący dzieci i młodzieży.
 Tak. Przewiduje on między in­nymi, że do roku 1990 cała popu­lacja wieku rozwojowego, to jest dzieci od chwili urodzenia aż do 19 roku życia włącznie, będą pod opieką jednego działu służby zdrowia.
 Czy oznacza to, że piętnastolatek pozostanie pod opieką swojego leka­rza, który zna go od urodzenia?
 Dotychczas pediatria obejmo­wała dzieci do lat 14; nowy pro­gram dla wieku rozwojowego przewiduje przedłużenie tej opie­ki aż do osiągnięcia pełnej stabi­lizacji biologicznej, co następuje około 18 roku życia. W tym wie­ku mamy do czynienia z takim ogromem problemów, że nie każ­dy lekarz może sobie z nimi po­radzić. Na pewno łatwiej to przyj­dzie lekarzowi pediatrze, który zna młodzieńca czy dziewczynę od noworodka. Uważamy za nie­zbędne przestrzeganie w opiece zdrowotnej zasady ciągłości oraz kompleksowości, gdyż bezspornym okazał się fakt, że wczesne za­pobieganie, odpowiednie lecze­nie a w razie potrzeby wczesna rehabilitacja pomagają uniknąć w wieku dojrzałym wielu kłopo­tów związanych ze zdrowiem fi­zycznym, psychicznym i społecz­nym, których źródła tkwić mogą w najwcześniejszym okresie roz­woju człowieka.
 Na całym świecie ocenia się po­ziom opieki lekarskie) nad dzieckiem i matką wskaźnikami umieralności niemowląt. Nie wdając się w ocenę słuszności wyboru tego wskaźnika za miernik zdrowia, chcielibyśmy wie­dzieć, jakie miejsce zajmujemy obec­nie, bowiem kilka lat temu było ono dość odlegle.
 Wskaźnikiem 23,7 zgonów nie­mowląt na 1000 urodzonych dzieci znajdowaliśmy się w 1974 roku w grupie takich krajów jak RFN i Austrii, a więc przesunęliśmy się w ciągu ostatnich pięciu lat zna-
2
Z pewnością można zaryzy­kować stwierdzenie, że nie ma w Warszawie mieszka­nia, w którym nie znalazłby się choć jeden produkt ze znakiem firmowym „Urody", leżący bądź to na toaletce pani domu wśród różnych kosmetyków, bądź to czekający na głowę rodziny w łazience wśród przyborów do go­lenia.
Wszystkie te drobiazgi począw­szy od pudru, kredek do warg, cieni do oczu, kremów do gole­nia czy wód kolońskich używa­my codziennie nie zastanawiając się nad tym gdzie i jak powstały.
Uzupełnijmy tę lukę.
Fabryka Kosmetyków „Polle-na-Uroda" to obecnie zakład z 80-letnią tradycją. W budynkach przy ulicy Szwedzkiej w 1896 r. Towarzystwo Akcyjne Produktów Chemicznych „Praga" rozpoczęło wytwarzanie mydła, farb, wos­ków, past do obuwia oraz kwasu solnego i siarkowego. Po z górą 20 latach działalności (1919) Fabry­kę przejęła Spółka Akcyjna „Wo-titz" i odstąpiła ją z kolei, w la­tach dwudziestych, Spółce Ak­cyjnej „Saturnia", która jako pierwsza zapoczątkowała w tych murach produkcję kosmetyków. Jednak aż do 1944 r., pomimo ciągłej rozbudowy „nowego dzia­łu", głównymi produktami pozo­stały mydła.
Po wyzwoleniu, nie zważając na 40-procentowe zniszczenia jakim uległy budynki i maszyny, podjęto wytwa­rzanie mydła dla potrzeb wojska. La­ta 1947—49 to okres intensywnej od­budowy i powiększania asortymentu wyrobów o proszki do prania, glice­rynę, pewną ilość kosmetyków... ca­la załoga fabryki liczy w tvm czasie 411 ludzi.
Następnym ważnym etapem w hi­storii zakładów było powołanie do życia (1956) Zakładowego Laborato­rium Badawczego i Zakładowego Biu­ra Konstrukcyjnego. Obie te placów­ki wybitnie przyczyniły się do szyb­kiej modernizacji i wprowadzenia poszukiwanych na rynku produktów. O rozbudowie „Urody'" świadczy wy­starczająco fakt, że Już w 1965 r. ilość zatrudnionych osób przekro­czyła 1000. Obecnie Fabryka Kosme­tyków „Pollena-Uroda" liczy 1450 pracowników i jest przedsiębior­stwem wiodącym W Zrzeszeniu gru­pującym 25 zakładów.
Dotychczasowe kłopoty i osiągnię­cia nierozerwalnie związane są z bu­dynkami przy ulicy Szwedzkiej — ciasnymi, starymi, nie przystosowa­nymi do nowoczesnych maszyn i wymogów współczesnej higieny pra­cy. Taki stan rzeczy nie będzie jed­nak trwał długo, gdyż w najbliższym czasie „Fabryka — staruszka" zmie­ni miejsce zameldowania i odmlod-nieje. Zgodnie z decyzją ministra przemysłu chemicznego w okresie bieżącej 5-latki ma powstać nowa „Pollena-Uroda".
Lokalizacja przy zbiegu ulic Dani­szewskiej i Białołęekiej obejmuje tereny, na których staną no­woczesne segmentowe hale produk­cyjne połączone bezpośrednio z ma­gazynami surowców i gotowych wy­robów. Oczywiście, nie zapomniano o całym szeregu: pomieszczeń po­mocniczych, parkingów, urządzeń re­kreacyjnych, czy oczyszczalni ście­ków. Maszyny i ciągi produkcyjne zostaną sprowadzone z zagranicy choć myśli się o zaadaptowaniu do wyrobów kosmetyków, pewnej ilości urządzeń produkowanych u nas w kraju np. dla potrzeb przemysłu spożywczego. Projekt obejmuje rów­nież budowę ośrodka ETO z włas­nym komputerem, automatyzację ob­sługi magazynów, jak i powstanie ośrodka wczasowego w Kołobrzegu oiaz ośrodka rekreacyjnego w okoli­cach Warszawy.
Koszt odtworzenia w innym miejscu, tak popularnej nie tyl­ko wśród mieszkańców stolicy, fabryki wyniesie ok. 3 mld zło­tych, co zwróci się w bardzo krótkim czasie gdyż docelowa produkcja osiągnąć ma cyfrę 6 mld złotych rocznie przy zatrud­nieniu nie przekraczającym 2 tys. osób. Może dopiero wtedy maga­zyny fabryki nie będą świecić
wiecznymi pustkami a w skle­pach nie będzie brakować wielu poszukiwanych produktów? Pa­nie już teraz chciałyby z pew­nością wiedzieć, kiedy to nastą­pi... Cykl budowy rozpocznie się w przyszłym roku i potrwa trzy lata...
Nie tak długo jeśli weźmiemy pod uwagę że mniej więcej tyle samo czasu zajmuje przygoto­wanie nowych perfum, kremów czy innych środków do pielęgna­cji ciała, które nim wejdą do produkcji opracowywane są w różnych działach Zakładowego Laboratorium Badawczego.
W dziale perfumeryjnym wy­magana jest przede wszystkim znajomość mody i duża facho­wość. Po przygotowaniu propo­nowanej kompozycji zapachowej specjaliści oceniają trwałość, e-fekt i cenę pod kątem ilości im­portowanych składników w re­cepturze. Następnie prowadzi się długotrwałe badania dermatolo­giczne, a czasem i degustację wśród załogi.
Jeśli wszystkie powyższe czyn­ności wypadną pozytywnie moż­na rozpocząć sprawdzanie i do­bieranie technologii oraz przystą­pić do oceny aplikacyjnej w za­kładowym salonie piękności lub w „Pollenie" przy ulicy Święto­krzyskiej.
Kolejnym etapem jest wyko­nanie partii informacyjnej, wysy­łanej do z góry wytypowanych sklepów. Tutaj koniecznym staje się już posiadanie opracowanych opakowań. Bywają sytuacje, w których gotowy produkt czeka na przypisaną mu „koszulkę" lub wręcz ją zmienia ze względu na kłopoty z nowym wzorem. Np. pianka kąpielowa „Aretuza" mia­ła być pakowana w miękkie tu­by plastykowe o średnicy 35 mm. niestety, posiadane urządzenia przystosowane są do zgrzewania tub o średnicy 25 mm, zatem pianka będzie w sklepach przede wszystkim w butelkach o większej pojemności.
Podobnym procesom podlegają wszystkie przygotowywane w la­boratorium propozycje kremów, żeli, aerozoli, płynów do mycia i czyszczenia, pomadek do ust itd. Rocznie wchodzi do produkcji ok. 30 nowych wyrobów. (Jedną z takich nowości, którą niedługo zobaczymy w witrynach perfu­merii będzie glicerynowy żel do rąk).
Ostatnim zadaniem laborato­rium badawczego jest opracowa­nie analizy sprawdzającej dla działu kontroli jakości, gdyż każ­da partia kosmetyków opuszcza­jąca zakład musi być zgodna z tzw. aktem normatywnym.
Po wszystkich procesach przy­gotowawczych gotowy wyrób wchodzi do produkcji. W zależ­ności od przeznaczenia i kompo­zycji trafia do oddziału konfek­cjonowania płynów z zawartoś­cią spirytusu, do działu gotowa­nia kremów, produkcji aerozoli, szamponów, kredek do warg i cieni do oczu, czy chemii gospo­darczej. Oczywiście koleją rze­czy każdy z produktów przecho­dzi przez pakowalnię skąd zam­knięty w tuby, butelki, flakoniki, czy słoiczki transportowany jest od razu na czekające ciężarówki.
Zapotrzebowanie na kosmetyki jest duże i wyroby „Urody" nic czekają długo na transport do sklepów.
PAWEŁ KNOTHE
W starych murach fabrycznych trudno jest wygospodarować miejsce na wszystko. Za ciasno...
Maszyny muszą stać pod dachem, ludzie muszą pracować przy maszy­nach i odpoczywać w specjalnie do trgo przystosowanych pomieszcze­niach. A reszta... jeśli odporna jest na „nocowanie pod chmurką" trafia na dziedziniec i place-magazyny. O-pakowania plastykowe, butelki i su­rowce leżące w pobliżu hal produk­cyjnych zaspokajają jedynie potrze­by produkcji dziennej (zdjęcie 1). Po resztę trzeba sięgać do wyżej wymienionych magazynów „pod chmurką".
W poszczególnych pomieszczeniach panuje tłok. Pracownice siedzące jedna przy drugiej (zdjęcie 2) uzu-
pelniają, poprawiają lub zastępują prace automatów. Kredki do warg wyrabia się metodą w której trud­no w ogóle doszukać się mechaniza­cji, a mleczko kosmetyczne „Jacek i Agatka" trafia do buteleczek przez „automaty" opatentowane za króla Ćwieczka (zdjęcie 3). Nadmiar kre­mu nakładanego maszynowo do sło­iczka musi zostać zebrany ręcznie. Ręcznie też trzeba zakręcać nakręt­kę, przyklejać etykietkę i zamykać całość w pudełeczku (zdjęcie 4).
Aktualne warunki pracy, chęć wy­twarzania dobrych produktów, zwięk­szania asortymentu i wielkości pro­dukcji powodują że wszyscy pracow­nicy (a i użytkownicy także) czeka­ją z utęsknieniem na otwarcie „Urody" w nowym miejscu.
MŁODA STA­RUSZKA
Zdiąclo: JANUSZ POKORSKI
9EBHB
rzem, a później z jego małżonką. Przebieg tych rozmów dokładnie notowałem w czasie ich trwania. Następnie starałem się ustalić okoliczności oraz datę spotkania belweder-skiego.
Marszałek Foch przybył do Polski na uro­czystości odsłonięcia pomnika ks. Józefa Po­niatowskiego (rewindykowanego w 1921 r. z Homla) w dniu 3 maja 1923 r. Już w kwiet­niu Foch, marszałek Francji i Wielkiej Bry­tanii, został marszałkiem Polski. W imieniu prezydenta Rzeczypospolitej i naczelnych władz państwowych dyplom i srebrną buła­wę marszałkowską wręczył Fochowi w dniu 2 maja na granicy państwa polskiego, mi­nister spraw wojskowych, gen. Kazimierz Sosnkowski. Następnego dnia odbyło się uro­czyste odsłonięcie na placu Saskim pomnika ks. Józefa Poniatowskiego, naczelnego wodza wojsk polskich i marszałka Francji.
W dniu 4 maja, przed południem, marsza­łek Foch został odznaczony w Belwederze Wielkim Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Na Ratuszu otrzymał obywatelstwo honorowe Warszawy.
Prezydent Wojciechowski tegoż dnia o godz. 14.00 podejmował marszałka Focha śniadaniem na tarasie Belwederu, swej rezy­dencji. Wśród zaproszonych był także pro­fesor Noakowski. dziekan Wydziału Archi­tektury Politechniki Warszawskiej, który w dniu 2 maja otrzymał Komandorię Orderu Odrodzenia Polski.
Stanisław Noakowski chętnie skorzystał z zaproszenia do Belwederu, darzył bowiem sympatią marszałka Focha, naczelnego do­wódcę sił sprzymierzonych w czasie I wojny światowej. Znany jest jego rysunek bramy triumfalnej na cześć Focha, eksponowany ostatnio w Muzeum Narodowym w Warsza­wie z okazji wystawy jego prac ze zbiorów polskich i radzieckich.
 Prezydent bardzo poważał Noakowskie­go — stwierdził w rozmowie ze mną Wł. Jan Grabski — i zawsze zapraszał na oficjalne przyjęcia i uroczystości. A syn prezydenta — Edmund (zginął w Oświęcimiu 20 lutego 1941 r.) — wprost uwielbiał Noakowskiego. Posiadał cenną kolekcję jego rysunków. Nie­stety — wszystkie spłonęły w czasie wojny.
 A jak doszło do spotkania z Noakow­skim?
 Noakowski i ja, podówczas student Uni­wersytetu, czuliśmy się fatalnie w Belwede­rze, wśród tych wszystkich oficjalności, i to zapewne zbliżyło nas do siebie Dotychczas nie znaliśmy się zupełnie. Nawet nie wie-oziałem, że to on krążył powolnym krokiem po pokojach belwederskich z filiżanką dosko­nałej kawy w ręku, podobnie jak i ja. Wresz­cie zaczęliśmy rozmawiać ze sobą. Najpierw obgadaliśmy bliźnich, oczywiście tych, którzy tam byli. A .potem on, traktując mnie jako romantycznego młodzieńca, zaczął mi się zwierzać ze swej pierwszej miłości, przeżytej w Rosji. Opowiadał o tym z rozrzewnieniem. Dowiedziałem się, że pierwszą jego młodzień­czą' miłością była sławna tancerka amery­kańska, pochodzenia irlandzkiego — Isadora Duncan. Występowała ona przed I wojną światową w Petersburgu. Chodził więc wów­czas do teatru, ażeby ją podziwiać. Anonimo­wo posyłał jej kwiaty i czułe bileciki...
Po krótkiej przerwie mój rozmówca mówił dalej.
 A kiedy on skończył opowieść o swojej miłości przeżytej, ja z kolei zwierzyłem się ze swej miłości przeżywanej. Powiedziałem mu, że jestem zakochany w — córce pre­zydenta Wojciechowskiego. Zauważyłem, że wywarło to na nim silne wrażenie. W końcu przedstawiliśmy się sobie i zdumiałem się, że moim rozmówcą okazał się Stanisław Noa­kowski, o którym głośno już wtedy było w warszawskim świecie artystycznym. Przy po­żegnaniu zaprosił mnie do siebie.
Noakowskiego chętnie odwiedziłem. Miesz­kał samotnie w gmachu Wydziału Architek­tury przy uL Koszykowej 55. Pamiętam, że wszędzie leżały teki, przepełnione rysunkami. Zawsze podziwiałem jego pamięć. Gdy była potrzeba odszukania jakiegoś rysunku — nie­omylnie wiedział, w której znajduje się tecz­ce. W czasie rozmów pozwoliłem sobie kie­dyś na sugestię, ażeby swoje prace, bardziej niż dotychczas, ożywiał postaciami ludzki­mi. Zdaje się, że pod wpływem tej sugestii
JAN WEGNER
Z ROZMÓW
0 STANISŁAWIE NOAKOWSKIM
W dniu 3 września 1958 r. poznałem w Nieborowie Władysława Jana Grabskiego, syna wybitnego ekonomisty i ambitnego po­lityka, ministra; skarbu i prezesa Rady Mi^ nistrów, autora reformy walutowej i pomysłu przejścia z marki na złotego (1924 r.).
Władysław Jan Grabski studiował prawo i ekonomie na Uniwersytecie Warszawskim, a w latach 1924—1926 historię na Sorbonie w Paryżu. W 1927 r. otrzymał w Warszawie lektorat z historii doktryn ekonomicznych. Był cenionym^ pisarzem, poetą i publicystą. Debiutował w> 1923 r. tomikiem wierszy. W 1928 r. napisał monografię o francuskim fi­lozofie, twórcy jednej z głównych odmian so­cjalizmu utopijnego, Karolu Fourierze. Znane są jego utwory epickie: „Bracia" (1934 r.), „Kłamstwo", „Na krawędzi", „W cieniu ko­legiaty", „Konfesjonał" oraz cykle historycz­ne: „Saga o Jarlu Broniszu" (1946—1947), poświęcone czasom: Bolesława Chrobrego; „Rapsodia Świdnicka", opowieść o dziejach Śląska (1339—1404) i walce ludu polskiego. Dużą popularność zyskała publikacja histo-
Kaplica z ołtarzem barokowym
ryczno-informacyjna: „300 miast powróciło do Polski" (pierwodruk 1946 r.).
Wł. Jan Grabski był laureatem Nagrody Ministra Kultury i Sztuki. Pracował w Ra­dzie Naukowej* do spraw Ziemi Odzyskanych. Zmarł 3 listopada 1970 r. w Warszawie. Po­śmiertnie wydano „Blizny młodości", opo­wieść biograficzną.
Z okazji spotkania w nieborowskim pała­cu, oddziale warszawskiego Muzeum Narodo­wego, rozmawialiśmy początkowo o podło-wickim Borowie nad Bzurą, starym gnieździe rodziny Grabskich, gdzie i on się wychowy­wał. A później zapytałem pisarza, czy znał Stanisława Noakowskiego. Odpowiedział z dumą, że poznał tego wielkiego artystę, twór­cę wspaniałych wizji architektonicznych, w Belwederze z okazji przyjęcia wydanego przez prezydenta Stanisława Wojciechow­skiego na cześć marszałka Ferdynanda Focha.
— A żona moja — dodał — była uczenni­cą profesora Noakowskiego.
I tak doszło do interesującej rozmowy o Stanisławie Noakowskim, najpierw z pisa-
namalował dla mnie Akropol z Apollinem w chnturach. Było to w Karlsbadzie (29 lipca 1924 r.).
Tego samego roku, nieco wcześniej (29 ma­ja), ofiarował mi mały rysunek, przedstawia­jący manifestację rewolucyjną w Moskwie w marcu 1917 r. Tłum przelewał się na nim przez Łuk Triumfalny wśród czerwonych sztandarów. Dnia 12 marca 1917 r. (27 lutego według starego stylu) upadł carat.
Rysunek ów — mówił dalej WŁ Jan Grab­ski — otrzymałem wraz z dedykacją od Noa­kowskiego w zamian za mój autorski tomik pt. „Rosja. Obrazy i myśli wierszem", wy­dany w Warszawie w 1923 r. za namową Ja­na Kasprowicza. Rysunki te szczęśliwie oca­lały, natomiast straciłem znakomitą publi­kację „Architektura polska- Szkice kompo­zycyjne" (1920 r.). Tekę tę, zawierającą 176 reprodukcji jego rysunków, otrzymałem od samego artysty, i to z jego uzupełnieniami, wykonanymi w mojej obecności piórkiem i pędzelkiem.
Gdy myślę o Stanisławie Noakowski m, a często myślę, patrząc na jego szkice, które wiszą na ścianach mojego mieszkania w Go­łąbkach (oglądałem je tam później z moją żoną), wtedy odżywają dawne wspomnienia i na ich tle ukazuje się jego sylwetka.
 A co uderzało w postaci Noakowskiego? — Zapytałem pisarza.
 Przede wszystkim jego łagodne, jakby cza­sem przepraszające spojrzenie i prawie dzie­cinny w wyrazie i pogodzie uśmiech. Jeżeli może twarz zdradzać człowieka, to oczy i usta Noakowskiego zdradzały piękno jego myśli. Rozmówca miał zawsze głębokie wra­żenie, że może mu absolutnie zaufać. Do każ­dego podchodził z intencją służenia pomocą, a nie korzyści własnej. Nieraz myślę o nim nie tylko jako o wielkim artyście, ale też jako o bardzo czystym, czułym, sentymental­nym człowieku.
 I dodajmy... samotnym. I jeszcze jedno pytanie: Kiedy się odbył Pana ślub z córką prezydenta?
 W 1927 roku w Warszawie. Wcześniej nie miałem odwagi prosić o jej rękę.
Patac klasycystyczny
nie stosują perspektywę w swych pracach malarskich, czy rysunkach. I dodał, spoglą­dając na zasłuchanego Noakowskiego. „Znam tylko jednego takiego artystę, ale nie muszę tutaj wymienić jego nazwiska"...
Wnętrze późnobarokowe
 I co wtedy? — zapytałem z zaciekawie­niem.
 Stanisław Noakowski uśmiechnął się. A kiedy rozległy się rzęsiste oklaski, zasłonił twarz rękami...
Zofia z Wojciechowskich Grabska w roz­mowie ze mną przypomniała, że w latach 1925—1927 słuchała wykładów historii sztuki Stanisława Noakowskiego w Państwowej Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie (prze­mianowanej 1932 roku na Akademię Sztuk Pięknych).
 Jego wizje architektoniczne — relacjo­nuje — były dla wszystkich studentów nie­zwykle atrakcyjne. „Noakosia" bardzo lubi­liśmy, bo ten wielki artysta był tak szalenie skromny. Z entuzjazmem mówił o epoce odrodzenia. Nie lubił natomiast sztuki znie-wieściałej ani twórczości kobiecej, np. por­tretów słynnej malarki francuskiej Elisabeth Vigee — Lebrun.
Kiedyś podczas egzaminu prof. Noakowski zapytał mnie, który z malarzy wczesnego odrodzenia najbardziej mi się podoba. Od­powiedziałem: Botticelli (zm. 1510 r.) Bardzo się tym ucieszył i sam zaczął o nim opowia­dać. Postawił mi piątkę. Innym razem otrzy­małam pytanie, ale z architektury starożyt­nego Rzymu. Z moich odpowiedzi nie był za­dowolony i wyraził zdziwienie, że nie wspom­niałam o ruinach term Karakalli, owych — Jak mówił — „zdumieweająco wielkich, ol­brzymich łaźniach rzymskich, nie widzianych nigdzie więcej na świecie..." Byłam zawsty­dzona. ,
 Jakie jeszcze zachowała Pani wspom­nienie?
 Pamiętam wykład inauguracyjny, wygło­szony w auli naszej uczelni przez prof. Ka­zimierza Bartla, matematyka i polityka, roz­strzelanego przez hitlerowców we Lwowie 1941 r. z grupą profesorów wyższych uczelni. Mówił o perspektywie w malarstwie (I tom jego „Perspektywy malarskiej" ukazał się w latach 1925 i 1955, a II w 1958 r.). Wśród słu­chaczy znajdował się także Noakowski.
Bartel wywodził, że perspektywę można naukowo wyprowadzić i twierdził, że stosun­kowo niewielu jest artystów, którzy bezbłęd-
BERNARD ZAKRZEWSKI
Z TAJEMNIC OKUPACJI
wienia współpracy. Kontakt ten podjął przedsta­wiciel kontrwywiadu i odbył z tą osobą rozmo­wę przy pełnym ubezpieczeniu tego spotkania. Osoba ta dość demonstracyjnie, ale i niedołężnie ucharakteryzowana, była bardzo pewna siebie i domagała się ułatwienia jej bezpośrednich kontak­tów z siatką więzienną ZWZ oraz podania jej naz­wisk ludzi z organizacji na Pawiaku. Ustalono wówczas, że rozmówcą był „Hamer-Baczewski". W międzyczasie domagano się dalszych relacji od wspomnianego „K". Ten z kolei, chcąc wykazać swą dobrą wiarę zobowiązał się przedstawić dowód, że działał faktycznie na zlecenie gen. Sikorskie­go. Po pewnym czasie przedstawił rzeczywiście rze­komo osobiste pismo gen. Sikorskiego. Było to dość naiwnie sformułowane zlecenie do płk. ..Le­cha". Przy większym rozeznaniu, co do formy do­kumentu tego typu, niż to mogli mieć strażnicy więzienni, można było od razu stwierdzić dość po­ważną naiwność przedstawionego montażu. W le­wym rogu było wypisane mnóstwo funkcji od pre­miera Rządu i wodza naczelnego aż po szefa wy­wiadu. Pod dokumentem była fotokopia podpisu gen. Sikorskiego, zreprodukowana bodaj że z przedwojennego albumu piechoty polskiej. W tek­ście zlecał gen. Sikorski płk. „Lechowi" zorganizo­wanie i prowadzenie siatki informacyjnej i kon­trolnej nad działalnością ZWZ-AK. Nie było naj­mniejszej wątpliwości, że jest to falsyfikat, mający i mogący wprowadzić w błąd naiwnych, prostych ludzi. Sprawa prowokacyjnej roli „Nadwywiadu" w rozpracowaniu i przenikaniu do polskiego ży­cia konspiracyjnego nie ulegała już żadnej wątpli­wości!
W toku dalszego dochodzenia ustalono, że „Nadwywiad" włączył się do komórek łącz­ności więziennej, a poza tym zorganizował i przeprowadzał podsłuchy, telefoniczne. Cały materiał w sprawie, zebrany przez różne ko­mórki informacyjne wydziału. skompleto­wano. Stwierdzono, że szefem całej organi­zacji „Nadwywiadu", występującym pod pseudonimami płk. „Lech", płk. „Wujek", „Hamer" czy „Hamer-Baczewski" jest jedna i ta sama osoba. Uzyskano jego fotografie. Działalność „Nadwywiadu" była bardzo nie­bezpieczna nie tylko z uwagi na to, że mia­ła powiązania z siatką więzienną i posiadała nasłuchy telefoniczne, ale co najważniejsze, że poza kilkoma bezpośrednimi pracownika­mi Abwehry czy gestapo, przytłaczająca większość członków tej organizacji była prze­konana, iż działa rzeczywiście w polskiej or­ganizacji konspiracyjnej najwyższego wcie­lenia, na osobiste zlecenie gen. Sikorskiego, jako jego siatka informacyjna na temat dzia­łalności ZWZ i Delegatury. Niewątpliwie le­piej się stało, że organizacja była w zasadzie podporządkowana Abwehrze. Z tego powo­du nie doszło do natychmiastowej likwidacji wszystkich ludzi, których rozpracowano jako mających jakieś powiązanie z polską konspi­racją antyhitlerowską. Niewątpliwie Abwe­hre interesowały formy organizacyjne, meto­da pracy i dopiero później sprawa likwida­cji tych ludzi, których dane ujawniono w czasie rozpracowania. Po przeprowadzonym dochodzeniu sprawę „Hamera-Baczewskiego" skierowano do Wojskowego Sądu Specjalne­go. Sąd wydał wyrok śmierci, który Komen­dant Główny zatwierdził i skierował do wy­konania przez komórkę wykonawczą wydzia­łu bezpieczeństwa (993). Wyrok został wyko­nany dnia 30.VIII. 1942 r. w Warszawie przy ul. Tamka 34. W czasie wykonywania wy­roku na „Hamerze-Baczewskim" został zra­niony jego adiutant Maciejewski. Zdawano sobie z tego sprawę, że skoro „Hamer-Ba­czewski" stał na czele organizacji, władize niemieckie nie zrezygnują z kontynuowania pracy tej organizacji. Dlatego też kontynuo­wano dalsze śledztwo dla ujawnienia w ja­kim zakresie i przez kogo jest praca tej prowokacyjnej organizacji kontynuowana. Z
Fot. Archiwum
„NADWYWIAD"
Gestapo w porozumieniu i raczej za in­spiracją Abwehry i w ścisłej z nią współ­pracy postanowiło założyć organizację pro­wokacyjną, nadając jej pozory, że jest to organizacja typu wywiadowczego założona na osobiste polecenie gen. Sikorskiego, która ma kontrolować, rejestrować i informować gen. Sikorskiego o pracy i poczynaniach tak kierownictwa ZWZ jak i Delegatury Rządu. Koncepcja była mądrze pomyślana i pomy­słowa. Podano osobom zaproszonym do niej, że z uwagi na charakter tej organizacji obo­wiązuje specjalna konspiracja, że niczego nie można pod żadnym pozorem ujawniać wobec innych osób, nawet na najwyższym szczeblu Delegatury, jak i Komendy Głównej ZWZ. Obowiązywała specjalna przysięga. Z uwagi na charakter organizacji zlecano nawiązy­wanie kontaktów z kierownictwem ośrod­ków proiondyńskich, aby ich działalność móc zrelacjonować oraz scharakteryzować pracę i aktywność, a także lojalność poszczególnych osób w stosunku do Rządu w Londynie i oso­by gen. Sikorskiego. Dla uprawdopodobnie­nia charakteru i szczebla organizacji przed­stawiono jej członkom pismo gen. Sikorskie­go zlecające powstanie tej organizacji i usta­lające jej kierownikiem płk. „Lecha". Fak­tyczna jej rola była znana tylko kilku oso­bom, które z ramienia gestapo zostały do niej odkomenderowane. Organizacja ta miała swój czysto wewnętrzny kryptonim „Nad-wywiad". Głównym motorem w powstaniu organizacji była Abwehra. Ponieważ jednak zasadnicze kierownictwo wszystkich więk­szych organizacji koncentrowało się w War­szawie, musiała ona pozostawać w bliskim kontakcie z warszawskim gestapo. Zacho­dziła pewna różnica w rozumieniu funk­cji tej organizacji przez Abwehre i przez gestapo. Abwehra w pierwszym rzędzie in­teresowała się kwestią rozeznania struktu­ry polskiego podziemia, jego metod pracy i personaliów kierownictwa. Gestapo nato­miast wierzyło w skuteczność metody czyn­nej, natychmiastowej, likwidacji osób za­angażowanych w polskim ruchu podziem­nym, oczywiście po uprzednim przeprowa­dzeniu najbezwzględniejszymi metodami, śledztwa — celem uzyskania możliwości dal­szego rozszyfrowania poszczególnych orga­nizacji. Z uwagi na specjalny cel „nadwy-wiadu" i funkcję kierowniczą Abwehry był on prowadzony przy zastosowaniu metod Abwehry. Członkom organizacji przedsta­wiono, że zebrane materiały są w Centrali kompletowane i analizowane dla ustalenia, czy dyspozycje i rozkazy gen. Sikorskiego są w kraju respektowane i wcielane w ży­cie. Ną użytek zewnętrzny organizacja nie miała kryptonimu z uwagi na jej charakter, i riie była rejestrowana wśród polskich or­ganizacji ze względu na jej rzekomo nad­rzędną rolę. Dla zapewnienia absolut­nej konspiracji pouczano i ostrzegano człon­ków, że ujawnienie jej istnienia, jak i przy­znanie faktu przynależności do niej, może spowodować represje kierownictwa podzie­mia w kraju, nie wiedzącego o jej istnieniu, do likwidacji włącznie. Dlatego też tajność organizacji była konsekwentnie przestrze­gana.
Dużą rolę w pracy w zakresie bezpieczeń­stwa i przy analizowaniu przyczyn areszto­wań i związanym z tym zagrożeniem dla osób i dalszej pracy, odgrywała sprawa szybkiego nawiązywania kontaktu z osoba­mi aresztowanymi. Dlatego też wszystkie organizacje starały się o uzyskanie kontaktu z osobami aresztowanymi, zwłaszcza w ok­resie, kiedy osoby te były w więzieniach, a przede wszystkim na Pawiaku. Szybki kon­takt z osobą aresztowaną mógł wyjaśnić przyczynę aresztowania, ujawnić ewentual­nie osobę „sypiącą" i zagrożenie, jakie w związku z tym powstało dla innych osób oraz co należy uznać za zdekonspirowane, jeśli chodzi o lokale, kryptonimy i elemen­ty organizacyjne. Komórki więzienne ZWZ były poważnie rozbudowane we wszystkich więzieniach. Najistotniejszą rzeczą było szybkie dojście do osób trzymanych na Pa-
wiaku. Trzeba stwierdzić, że komórka na Pawiaku odbierała grypsy również dla osób spoza ZWZ, innych organizacji, czy też nie należących do organizacji. Dlatego też ko­mórka więzienna ZWZ poza siatką wew-nątrzwięzienną, miała również aparat dyspo­zycyjny do wykonywania natychmiastowe­go zleceń zawartych w grypsach od osób aresztowanych. W pracy tej komórki zaczęły się pod koniec 1941 roku pewne kłopoty, kiedy to zdarzały się wypadki, że mimo na­tychmiastowego przekazywania grypsów pod wskazany adres, na krótko przed dotarciem do miejsca wskazanego przez aparat komór­ki więziennej, było już w tym miejscu ge­stapo. Przeprowadzono dokładną kontrolę drogi jaką gry pisy przechodziły, w szczegól­ności w tych wypadkach, kiedy gestapo by­ło szybsze. Chodziło o ustalenie, kto odbierał gryps od aresztowanego, komu go ewentual­nie przekazał na Pawiaku, kto i komu go wręczył z aparatu zewnętrznego. W toku te­go dochodzenia ustalono, że grypsy były w pewnym etapie, jeszcze ha Pawiaku przepi­sywane i to rzekomo z uwagi na konieczność zabezpieczenia ich na wypadek, kiedy ze względu na niemiecką kontrolę trzeba było dany gryps zniszczyć. Ustalono następnie, że osoba która oddawała grypsy do przepisy­wania, i to nie wiadomo komu, bez zgody dyspozytora siatki nosiła pseudonim „Łazę-ga". Stwierdzono, że w wypadku grypsów przepisywanych, gestapo zjawiało się w pun­ktach wskazywanych w grypsach. Sprawa „Łazęgi" została skierowana do Wojskowego Sądu Specjalnego, który na podstawie uzy­skanego materiału faktycznego wydał w sto­sunku do niej wyrok śmierci, który został wykonany. W toku dalszego dochodzenia przeprowadzonego wśród pracowników siatki więziennej a w szczególności pracowników więziennictwa, skoncentrowano swą uwagę na kilku pracownikach siatki. Po dramatycz­nych rozmowach z zaprzysiężonymi pracow­nikami siatki, jeden z jej członków noszący pseudonim „K", któremu przedstawiono kil­ka konkretnych wypadków wcześniejszego zjawienia się gestapo na punktach, w któ­rych miały być doręczone grypsy, przyznał, że grypsy są przepisywane dla informacji komórki nadrzędnej nad organizacjami kon­spiracyjnymi w kraju, a mianowicie dla „Nadwywiadu".
Należy stwierdzić, że wydział bezpieczeństwa i kontrwywiad ZWZ otrzyma! już uprzednio jakieś fragmentaryczne, incydentalne informacje o ak­tywności na terenie Warszawy jeszcze wówczas nie rozpoznanej organizacji jakiegoś ..płk. Lecha". In­nym znów razem były relacje o jakimś płk. „Wuj­ku" oraz o aktywności na terenie Warszawy nie­jakiego „Hamera". W innych relacjach była mowa o pracy jakiegoś „Baczewsklego". Zdarzały się też wypadki, że dwa te pseudonimy łączono i mówio­no o „Hamerze-Baczewskim". W toku dalszego do­chodzenia ustalono, że wszystkie te pseudonimy określają aktywność podobnego rodzaju i określe­nia rysopisowe mniej więcej charakteryzują po­dobną osobę. Połączono więc te relacje i określo­no całą sprawę jako sprawa „Nadwywiadu". W międzyczasie zgłosił się do osoby czynnej w na­szej siatce więziennej przedstawiciel (jak się ok­reślał) pewnej organizacji konspiracyjnej dla omó-
Wiezienie męskie Pawiak
relacji osób z komórki więziennej wyraźnie wynikało, że zdecydowana większość ludzi należących do „Nadwywiadu" było przeko­nanych, że działają w polskiej organizacji podziemnej o szczególnym stopniu utajnie­nia. W toku dalszego śledztwa ustalono, że kierownictwo organizacji po „Hamerze" ob­jął niejaki Edward Zajączkowski. Z uzyska­nego materiału wynikało, że Zajączkowski był człowiekiem znającym faktyczny cha­rakter organizacji, zwłaszcza że miał w swej dyspozycji kartotekę i prowadził konsulta­cje ze swymi mocodawcami. Z kolei sprawę Zajączkowskiego skierowano do Wojskowego Sądu Specjalnegor który wydał również wy­rok śmierci, zatwierdzony następnie przez Komendanta Głównego i skierowany do wy­konania wydziałowi bezpieczeństwa. Zajęto się rozpracowaniem dojścia do Zajączkow­skiego, ustalono jego punkty spotkań i pra­cy, drogi poruszania się po mieście. Musiało to potrwać jakiś czas. W międzyczasie do szefa wydziału bezpieczeństwa i kontrwywia­du zgłosił się jego prywatny znajomy z „Szarych Szeregów" z bardzo pilną i alar­mującą sprawą, prosząc albo o umożliwie­nie kontaktu z górą ZWZ-AK, albo o osobi­ste przyjęcie od niego relacji o przypadko­wym uzyskaniu informacji o istnieniu na te­renie Generalnej Guberni bardzo zakonspi­rowanej, tajnej organizacji prowokacyjnej niemieckiej. Podał on, że wiadomość tę uzy­skał od swego prywatnego znajomego sprzed wojny, byłego oficera WP. który chce swe wiadomości na temat tej organizacji przeka­zać bezpośrednio kierownictwu ZWZ. Osobą tą był polski oficer, który w czasie działań wojennych w 1939 r. został jako kurier ze­strzelony z samolotu i ratując się przed roz­strzelaniem, zażądał skontaktowania go z oficerem z Abwehrstelle-Breslau. którego nazwisko znal w związku ze swą przedwo­jenną pracą w wywiadzie wojskowym. Niem­cy doprowadzili do tego spotkania i ów ofi­cer niemiecki zlecił informatorowi pracę na terenie Śląska, a mianowicie rozpracowa­nie lojalności miejscowej ludności w stosun­ku do hitleryzmu. Była to praca w ramach działalności Abwehry z Wrocławia. Człowiek ten utrzymywał równocześnie pewne kontak­ty z Krakowem i — jak twierdził — miał pewne kontakty z ZWZ w Krakowie.
W październiku 1942 roku Abwehra zapro­ponowała mu objęcie na terenie Warszawy kierownictwa komórki prowadzonej przez Abwehre i gestapo, w związku ze śmiercią jej dotychczasowego kierownika. Z tego po­wodu „Pantera" (bo taki przyjął pseudonim) został wysłany przez Abwehre z Wrocławia do Warszawy, gdzie udostępniono mu dossier tej komórki czy organizacji, dla wprowadze­nia go w temat jej zainteresowań, metodę pracy i zasięg siatki informacyjnej. „Pante­ra" był, jak twierdził, zaskoczony pełnością informacji posiadanych przez tę organizację tj. „Nadwywiad" (a zatem przez niemieckie władze bezpieczeństwa) na temat polskich organizacji konspiracyjnych i postanowił po­wiedzieć o tym kierownictwu ZWZ, jako or­ganizacji wojskowej. Postanowiono, że z „Panterą" spotka się „Oskar", aby od razu ocenić charakter informatora i rzeczową war­tość relacjonowanych informacji. Przez poś­rednika „Pantera" otrzymał polecenie odno­towania zasadniczych rewelacji na piśmie i zapowiedziano mu osobisty kontakt z oso­bą, która ma go wysłuchać i przekazać otrzymane informacje Komendy Głównej AK. Spotkanie zostało ustalone z pełnym u-bezpieczeniem (punkt pośredni, doprowadze­nie z ubezpieczeniem i ubezpieczenie miej­sca spotkania). W rozmowie również wziął udział pośrednik, którego łączyły z rodziną „Pantery" kontakty rodzinne. „Pantera" rze­czywiście przyniósł elaborat na piśmie. W toku rozmowy mówił o pełnym rozpracowa­niu kierownictw polskich ośrodków konspi­racyjnych przez niemieckie władze bezpie­czeństwa. Mówił, że zlecono mu objęcie funkcji kierownika tej organizacji, bo jej dotychczasowy kierownik zginął. Pytał się, czy coś na ten temat rozmówcy wiadomo. Oczywiście, rozmówca był tylko pośredni­kiem i nic nie wiedział ani o „Nadwywia-dzie", ani też o ..Hamerze-Baczewskim". „Pantera" twierdził, że jeszcze nie wszystkie materiały przejrzał, a dostarczone w tym dniu materiały za pewien czas może uzupeł­nić. Tak też ustalono. Elaborat jego został poddany poważnej analizie. Było w nim tro-
iMyinnka na ulicach Warszatii/
chę wiadomości prawdziwych, dużo uogól­nień, bardzo dużo nieprawdy i nieścisłości.
W międzyczasie trwało dalsze rozpraco­wywanie kierownictwa „Nadwywiadu" i przygotowywanie likwidacji Zajączkowskie­go. Ustalono kilka lokali dawniej odwiedza­nych przez „Hamera", a obecnie przez Za­jączkowskiego. Wreszcie w dniu 13.XI. 1942 r. w lokalu „Nadwywiadu" przy ul. Marszał­kowskiej 81 został wykonany wyrok na Za­jączkowskim. Podczas strzelaniny zginęła obecna w mieszkaniu w czasie likwidacji druga osoba. Zbiegiem okoliczności, w pół godziny po likwidacji Zajączkowskiego, zja­wił się w lokalu przy ul. Marszałkowskiej 81 kandydat na nowego szefa organizacji „Pan­tera". Miał przecież dostarczyć dalsze wia­domości o „Nadwywiadzie" dla AK. Jak zro­zumiał z pierwszego spotkania, jego rozmów­ca z AK nic nie wiedział o „Nadwywiadzie". W przekonaniu „Pantery" rozmówca dowie­dział się o istnieniu całej prowokacyjnej or­ganizacji dopiero od niego i już miała miej­sce likwidacja najbliższego współpracownika „Hamera", o którym wspominał w swej pi­semnej relacji. Był zaskoczony sprawnością AK. Sam, czując się osobiście zagrożonym udał się natychmiast z lokalu na Marszał­kowskiej do gestapo do dr. Spielkera, popro­sił o samochód i natychmiast wyjechał z Warszawy do Krakowa i Zakopanego.
Po tych likwidacjach ludzie, którzy byli w „Nadwywiadzie" w dobrej wierze, wycofali się z pracy. Organizacja przestała istnieć.
Jak wyjaśniono następnie, „Hamer-Ba-czewski", przedwojenny oficer rezerwy, po­chodził z Sanoka i był już przed wojną po­dejrzany o kontakt z wywiadem niemiec­kim. Fakt zaangażowania powyżej 100 Pola­ków do pracy na rzecz okupanta, którzy się tej pracy podjęli w głębokim przekonaniu, że współdziałają w jednej z najbardziej za­konspirowanych komórek polskiego wywia­du antyhitlerowskiego, należy uznać za suk­ces niemiecki. Jednakże wynik działalności tej organizacji, jak już wspomniano, nie był dla Niemców specjalnie wartościowy. Dużo było wiadomości nieprawdziwych, dużo naz­wisk i pseudonimów nic nie mówiących, tro­chę nazwisk prawdziwych, ale już powszech­nie znanych, ludzi, którzy oczywiście, nie występowali pod swymi nazwiskami, a po­nadto dużo danych z publikacji prasy kon­spiracyjnej. Faktycznie poważne straty były w wyniku działalności komórki przechwytów grypsowych. Pracownikom straży więzien­nej wyjaśniono cały mechanizm działania „Nadwywiadu" jako organizacji prowokacyj­nej. Materiał otrzymany od „Pantery", łącz­nie z materiałem zebranym przez wydział z innych źródeł, przedstawiono Kierownictwu AK (oddz. I, III. IV, V, BiP) oraz Delegatu­rze Rządu na Kraj. W samym „Nadwywia­dzie", z uwagi na ustawienie organizacji jako organizacji wojskowej i to wywiadowczej, wszystkie osoby z kierownictwa miały swe stopnie wojskowe. Kierownik organizacji miał stopień pułkownika, inni członkowie kierow­nictwa byli majorami, kapitanami itd. We-
Fot. Archiwum
dług relacji członków, organizacja obejmo­wała swym zasięgiem cały kraj. Podawano, że Bielecki, rzekomo major, miał być infor­matorem z Okręgu ZWZ — Śląsk, „Jan Wiel­ki" miał pochodzić z komórki wywiadowczej Okręgu AK Wilno. Franciszek G. pseudonim „Narciarz" miał pochodzić z Podhala; zarzu­cono mu, że zasypał ZWZ z terenu Podha­le. Pracownikami „Nadwywiadu" byli dwaj bracia, etatowi pracownicy gestapo warszaw­skiego: Otto i Stanisław Szulcowie, którzy w „Nadwywiadzie" mieli odpowiednie stop­nie wojskowe oraz występowali pod typowo polskimi nazwiskami: Stanisław Szulc — ja­ko major Zawadzki, a Otto Szulc — jako kapitan Zasławski, Sam „Hamer-Baczewski" miał w gestapo kryptonim V-14, Edward Za­jączkowski występował w organizacji KOP pod nazwiskiem Bogdanowicz, natomiast w gestapo występował pod kryptonimem V-49 względnie V-42. W „Nadwywiadzie" spotyka­ło się cały szereg innych nazwisk, ale trud­no ustalić, czy były to nazwiska prawdziwe, czy też przybrane oraz kto się pod nimi kryl. Padało nazwisko Antoni Kwiatkowski, rzeko­mo major, jak podawano z naciskiem, major dyplomowany, który występował pod nazwi­skiem Skrzetuski. Wymieniano nazwisko Jó­zef Franciszek Flatau. rzekomo z 1 Pułku Szwoleżerów, wymieniano nazwisko Stani­sław Tyksiński. rzekomo major, jak poda­wano, z pułku pancernego. Powtarzano też szereg nazwisk z aparatu pomocniczego, a między innymi Antonowicz, Maciejowska-Karwowska. Lola i inne. Było kilka pun­któw, zwłaszcza na terenie Warszawy, które wymieniano jako lokale pracy oraz kontak­towe organizacje. Powtarzały się adresy w Warszawie: ul. Marszałkowska 81, Tamka 34, Poznańska 12. Wilcza 31 oraz Hoża 34, a w Krakowie wymieniano adres przy ul. Kato­wickiej 58.
Koncepcja założenia organizacji, której za­sadniczym celem była infiltracja w zorga­nizowane środowisko polskie przez okupanta i przeprowadzenie tych celów przy pomocy Polaków, którzy przekonani byli o tym, że są członkami antyniemieckiej organizacji naj­wyższego wtajemniczenia, było wyjątkowo inteligentnym pomysłem strony niemieckiej. Niewątpliwie Niemcy mieli pewne wyniki tej pracy i to większe dla gestapo, niż informa­cyjne dla Abwehry. Organizacja ta ograni­czyła się jednak do zbierania informacji i nie doszła do inspiracji, która była niewąt­pliwie jej dalszym celem. Po likwidacji kie­rowników organizacji „Hamera-Baczewskie-go", a następnie Zajączkowskiego oraz po ucieczce „Pantery" — organizacja rozpadła się. Odpadli Polacy, którzy zorientowali się, czym jest w istocie „Nadwywiad", a Niemcy przerazili się perspektywy dalszych likwida­cji ze strony polskiego podziemia.
Autor zamieszczonego poniżej, osnutego na tle własnych wspomnień przyczynku do dziejów walki podziemnej z okupantem — z wykształcenia praw­nik, pelnil w latach wojny funkcję szefa kontrwy­wiadu przy Komendzie Głównej ZWZ a później AK w stopniu podpułkownika, poci pseudonimem „Oskar".
7
JESIENIĄ
W ALEJACH
JEROZOLIMSKICH
Zdjęcia: JANUSZ POKORSKI
„Społem ', która to w rekordowo krótkim
tempie (dwóch miesię­cy) przeprowadziła mo­dernizację i zapewniła dostawy niezbędnych składników do podawa­nych tu potraw bułgar­skich. Oprócz pracow­ników polskiej gastro­nomii nad właściwym funkcjonowaniem loka­lu czuwać będzie ekipa bułgarskich specjali­stów kuchni.
Warto pójść do nowej restauracji, obejrzeć wnętrze zaprojektowa­ne przez warszawskiego architekta W. Gerasi-mienko a oparte na lu­dowych motywach oko­lic miejscowości Zeraw-na; warto spróbować kilku przysmaków
kuchni bułgarskiej i warto w końcu posłu­chać ludowej muzyki tego kraju. Jedyną rze­czą, jaka psuła miły nastrój przedstawicielo­wi „Stolicy" jest obec­nie brak w stolicy re­stauracji „Stolica".
Pierwszy dzwonek
Osiedle nr IX na Bródnie wzbogaciło się ostatnio o nowoczesną szkołę środowiskową połączoną z przedszko­lem. Kombinat Budow­nictwa Miejskiego Wschód, który przeka­zał ten obiekt do użyt­ku za kilkanaście dni skończy prace przy sali gimnastycznej, a w przyszłym roku ukoń­czy budowę przyszkol­nego krytego basenu.
Twórcze dyskusje
Dzięki inicjatywie u-czestników akcji „Lato--76" i poparciu Rad U-czelnianyeh SZSP war­szawskich uczelni po­wstał w bieżącym mie­siącu Studencki środo­wiskowy Ośrodek Dy­skusyjny „Publikum". Pierwsze inauguracyjne spotkanie dotyczyło
problemów ekonomicz-no-społecznyeh stolicy i województwa war­szawskiego. (Kn)
SPOD WIECHY
Zamieszkać na Staw­kach — to marzenie wszystkich oczekują­cych na przydział mie­szkania w stolicy. Nie­wiele ponad tysiąc ro­dzin dosięgnie tego szczęścia, przy czym dwie trzecie tej liczby już je mają poza sobą. bowiem dwa bloki są zamieszkałe. Ostatni blok, składający się z trzech segmentów znaj­duje się w budowie. Je­go dwie części będą go­towe pod koniec tego roku a trzecia — w ma­ju 1977 r. Jest to gigan­tyczny dom o 340 mie­szkaniach od M2 do M5 i budowanie go w cało­ści byłoby raczej nie­możliwe, zwłaszcza iż zastosowano konstruk­cję ram H układanych podłużnie. Rozpoczęto nareszcie budowę pawi­lonu handlowego, uru­chomienia należy się spodziewać w roku przyszłym. Rozważana jest sprawa przedszko­la. Projektanci uloko­wali je pośrodku osie­dla, czemu sprzeciwia się część mieszkańców uzasadniając to hałasem a także nieco ponurym otoczeniem wielkich bloków, co może nieko­rzystnie oddziaływać na przedszkolaków. Pro­ponuje się teren poza o-siedlem. Przyłączamy się do tej koncepcji, bo bawienie się cały dzień w podwórkowej studni nie sprzyja dzieciom, z czego one same nawei nie zdają sobie sprawy. Nadzór budowlany nad osiedlem Stawki oraz wieżowcem Cekopu przy pl. Dzierżyńskiego spra­wuje inż. Włodzimierz Boćkowski.
KONKURS NAJLEPSZA GRAFIKA MIESIĄCA
zwiska Ich możno zna­leźć w tej interesującej książce. (S.)
HONOROWI DAWCY KRWI
Z całej Polski przyje­chali członkowie Klu­bów Honorowych Daw­ców Krwi, by w Za-izadzie Głównym PCK przy ul. Mokotowskiej odebrać nagrody, dy­plomy, odznaki, a także by podzielić się swoimi uwagami na temat or­ganizacji honorowego krwiodawstwa. Z każ­dej wypowiedzi prze­mawiała żarliwość i zaangażowanie w spra­wę jakiej służą. Na ho­norowych dawców krwi można liczyć w każdej sytuacji, oni również o-czekują zrozumienia ze strony dyrekcji swoich zakładów pracy oraz służby zdrowia, bo nie zawsze honorowy daw­ca krwi bywa przyjmo­wany poza kolejnością.
PCK rozpoczął propa­gowanie bezpłatnego krwiodawstwa od 1957 r. W ubiegłym roku uzy­skano 275.664 1 krwi ho­norowej, co stanowiło ponad 60 proc. ogólnej pobranej krwi w tym roku w całym kraju. Oddawanie krwi jest absolutnie dobrowolne i żaden lekarz nie może uzależniać wykonania zabiegu U chorych od oddania krwi przez członków rodziny. Aby podobne incydenty nie miały więcej miejsca (bo niestety, ale zakła­dy lecznicze wywierały często presję na człon­ków rodzin), PCK znosi dla służby zdrowia na­grody za tak zwane „rodzinne krwiodaw­stwo", (u)
W TOWARZYSTWIE PRZYJACIÓŁ SZTUK PIĘKNYCH
Towarzystwo Przyja­ciół Sztuk Pięknych za­prezentowało w Galerii przy ul. Rutkowskiego 5 (podziemie pałacyku), twórczość Stefana Sro­czyńskiego, 30 obrazów olejnych. Malowane są w latach ostatnich i przez to charakterysty­czne dla obecnych o-siągnięć artysty. Ewolu­cję malarstwa Stefana Sroczyńskiego mogliśmy obserwować dotąd na wystawach zbiorowych.
Ambitny malarz nie posługujący się efek­townymi środkami ma­larskimi pokazał malar­stwo kulturalne, w tra­dycyjnej konwencji re­alistycznej. Prace Ste­fana Sroczyńskiego wy­stawione w Towarzyst­wie Przyjaciół Sztuk Pięknych zasługują na zainteresowanie i uzna­nie, świadczą o możli­wościach i wytrwałości artysty, podejmującego konsekwentnie próby doskonalenia warsztatu artystycznego. (E)
ZIMOWE WAKACIE W MIEŚCIE
Młodzieżowe Centrum Kultury przy ul. Biało-lęckiej 33 35 organizuje, tak jak i w latach ubieg­łych, punkt ferii zimo­wych dla młodzieży szkół ponadpodstawo­wych. Codziennie po po­łudniu będzie tu można przyjść na zajęcia spor­towe, imprezy artystycz­ne i dyskotekę.
Wśród zaproszonych do wspólnej, wakacyj­nej zabawy znajdą się m. in.: Stefan Zach. Ta­deusz Ross, Danuta Rinn i Andrzej Rosiewicz. Planowane są również projekty filmów, spotka­nia z iluzją, konkursy tańca, wieczory piosen­ki i wiele innych cieka­wych imprez. (Kn)
KONKURS RYSUNKOWY DLA MŁODZIEŻY
W ramach swej dzia­łalności dydaktycznej i popularyzacyjnej War­szawski Ogród Zoolo­giczny ogłasza wielki konkurs rysunkowy dla młodzieży. oraz dzieci na temat:
„MOJE ZOO I JA"
Warunki konkursu są następujące:
1. Na konkurs mogą być zgłoszone tylko pra­ce samodzielne, wyko­nane przez dzieci i mło­dzież w wieku od 6 do 15 lat. wykonane dowol­ną techniką, na papierze o formacie nie mniej­szym, niż 40x60:
2. Zgłoszone rysunki powinny przedstawiać zwierzęta warszawskie­go ZOO lub też wraże­nia autora odniesione podczas zwiedzania Sto­łecznego ZOO;
Ostateczny termin zło­żenia lub nadesłania prac do Sekretariatu ZOO upływa z dniem 31. maja 1977 roku.
Jako nagrody W kon­kursie przewiduje się liczne cenne nagrody: oprócz nagród rzeczo­wych, żywych zwierząt do hodowli amótorski. h oraz rocznyc'.i. honoro­wych kart wstępu do ZOO. najlepsze prace będa eksponowane na wystawie na terenie ZOO w sezonie letnim 1977 roku. a także na dużej wystawie, organi­zowanej wspólnie z Dy­rekcją Ogrodu Zoolo­gicznego W Lipsku, któ­ra eksponowana będzie wspólnie z analogiczna wystawą dzieci lipskich W roku 1978 zarówno w Lipsku jak i w Warsza­wie. Rok 1978 jest dla obu ogrodów rokiem ju­bileuszowym: w tym ro­ku ZOO lipskie obcho­dzić będzie 100-leeie. a ZOO w Warsz.iwie óO-le-cie swrego istnienia. Pro­jektowane wystawy bę­dą jednym z elementów uroczystości jubileuszo­wych, a ich otwarcia będą miały charakter uroczysty.
dłach: „Przemijanie", „Gema", „Achtopol". „Ropotamo", „Trzy", „Neony", „August", „Melancholia", „Set", „Kosmos", „Ręka",
„Lublin".
Jury przyznało nastę­pujące wyróżnienia i nagrody: 5 tys. zl — praca-godło „Trzy", ty­tuł „Fala" — litogr. Ka­zimierz Makowski, pra­ca-godło „Set", tytuł „Odejdź" linoryt Hu­
bert Borys. Wyróżnie­nia po 3 tysiące złotych otrzymały następujące prace: godło „Kosmos" tytuł „Kwiat pokłado­wy" — litografia, An­drzej Beuernann oraz praca-godło „August", tytuł „Nie boję się wła­snego sumienia" — lito­grafia, Krzysztof Au-gustin. (r)
Na zdjęciu: Kazimierz Makowski — „Fala" — litografia. Fot. Sergo Kurutiszwili
W dniu 30 X 76 odby­ło sit; posiedzenie jury konkursu „Najlepsza Grafika Miesiąca" październik 76 r.
Sekretarzem została Wanda Ficowska a w skład jury weszli: Hen­ryk Urbanowicz, Irena Snarska, Elżbieta Mu­rawska, Antoni Bora­tyński, Mieczysław Ma­jewski, Władysław Wi-niecki, Janina Ramm, Wpłynęło 13 prac o go-
ROBERIA FLACK W WARSZAWIE
Na zaproszenie „Pagai-tu" i „Stołecznej Estra­dy" przebywała w Pol­sce światowej sławy wokalistka jazzowa Ro­berta Flack. Jej wystę­py w Sali Kongresowej 21 listopada były praw­dziwym wydarzeniem artystycznym. W reper­tuarze Roberty Flack oprócz części jazzowej znalazły się także utwo­ry liryczne i kompozy­cje folk. Świetna, pełna ekspresji interpretacja w połączeniu z elemen­tami tanecznymi i dos­konały własny akompa­niament pozostawia wśród widzów niezatarte wrażenia. Alg.
Roberta Flack w rysun­ku Waldemara Kicl-czewskiego.
„TAKA GABRIELA"
Oto tytuł montażu scenicznego, który bę­dzie oparty na kore­spondencji Gabrieli Za­polskiej i jej męża kra­kowskiego artysty ma­larza. W tym dwuoso­bowym utworze wystą­pi Irena Eichlerówna i Andrzej Łapicki (zara­zem reżyser spektaklu). „Taka Gabriela" wej­dzie do repertuaru Te­atru Małego.
WARSZAWSKA PIOSENKA DLA BURMISTRZA
„Piosenkę o mojej Warszawie" zaśpiewał na specjalną prośbę burmistrza Chicago Ri­charda Daley'a Mieczy­sław Fogg po uroczy­stości nadania nestoro­wi polskiej (i świato­wej) piosenki w ratu­szu medalu i dyplomu honorowego tego mia­sta. Uroczystość zgro­madziła wielu miejsco­wych notabli, przedsta­wicieli Polonii, dzienni­karzy prasy, telewizji, radia (łącznie 200 osób). Nadanie Foggowi oby­watelstwa honorowego zostało skomentowane wśród Polonii jako akt wysokiego uznania dla polskiego artysty. Do­dajmy, że burmistrz Daley należy do najbar­dziej wpływowych dzia­łaczy partii demokraty­cznej (urząd burmistrza piastuje już blisko 20 lat). Pan Mieczysław zo­stał w czasie ostatniego tournee obdarowany również honorowym o-bywatelstwem miasta Cleveland. Ponadto o-trzymał wiele dyplo­mów i plakiet z adresa­mi powitalnymi zarów­no od różnych organiza-
cji jak i pojedynczych działaczy polonijnych. Jeden z dziennikarzy powiedział o tournee Fogga: „To był jakby triumfalny pochód:
wszędzie wyrazy uzna­nia, kwiaty, dyplomy". Inny dziennikarz tak skomentował występy nestora piosenki: ,,0-becne tournee Fogga nie ma charakteru zwy­kłego tournee artysty­cznego, lecz raczej jeż­dżącej akademii na cześć popularnego Ju­bilata" (artysta ukoń­czył niedawno 75 lat).
BANACZEK
Takiego Polaka. a właściwie Amerykanina polskiego pochodzenia jak Banaczek (dano mu niefortunnie czeskie na­zwisko) bardzo rzadko ogląda się w filmach a-merykańskich. Bardzo inteligentny, bystry, od­ważny, o nienagannych manierach, elegancki, no i przystojny jest an­tytezą „bohaterów" głu­pawych „Polish jokes" (słynnych „polskich
dowcipów" kolportowa­nych w Ameryce i po­kazujących Polaków w niekorzystnym świetle). Banaczek, wytrawny detektyw ubezpiecze­niowy (działa na własną rękę) rozwikluje brawu­rowo oszukańcze afery w dużym stylu i różno machlojki godząc^ w interesy instytucji u-bezpieczeniowych — ze co dostaje swoja dole. Banaczek jest bohate­rem popularnego w USA serialu TV. Byłoby do­brze, żeby gościł i na naszych ekranach tele­wizyjnych (tu apel do komisji zakupów filmo­wych).
„URZECZENI" — JUŻ W SPRZEDAŻY
W księgarni ukazała się już nowa książka Krystyny Kolińskiej pt. „Urzeczeni". Są to o-powieścl w rodzaju vie romancee o cudzoziem­cach, którzy byli, lub są, nadal związani wę­złami uczuciowymi z naszą ojczyną. I którzy w wielu wypadkach za­służyli się także naszej literaturze, naszej kul­turze. I tak wśród nich znajdziemy m.in. dzieje żywota i działalności Rosy Bailly, opowieść psychologiczną o Paulu Cazin, gawędę o przy­jacielu stolicy i „Stoli­cy" muzykologu Igorze Bełzie. oraz o prof. Schoellu — pierwszym tłumaczu „Chłopów" na francuski. Część opo­wieści w skróconej wersji była publikowa­na już w „Stolicy",
choćby wspomnieć tyl­ko o dużej opowieści, o Alceo Valcini; warszaw­skiej opowieści, jako że bohater, choć mieszka obecnie w Paryżu lata przedwojenne i te w czasie ostatniej woj­ny spędził w naszej sto­licy, dzieląc trudne dni z polskimi przyjaciółmi, głównie artystami pol­skiej sceny. Wśród u-rzeczonych znajduje się Dora Gabe, poetka, pi­sarka i tłumaczka buł­garska, ongiś bardzo bliska Harendzie i Ka­sprowiczom oraz Japoń­czyk profesor Umeda, którego prochy spoczy­wają na Powązkach i którego krewni oraz po­tomkowie mieszkają o-becnie w Warszawie. Przyjaciół tych jest wielu i choć wszystkich nie wymieniamy, na-
światowej, żołnierz AK, odznaczo­ny wieloma orderami wojskowymi i cywilnymi.
29 wrześni.* — KAZIMIERZ BIER­NACKI, mgr inż. arch., krytyk teatralny, teatrolog, założyciel Akademickiego Związku Sporto­wego, współpracownik redakcji „Stolica".
3 października — TADEUSZ ZIE-MlNSKI, długoletni st. specjalista d s kosztów robót elektrycznych w Dyrekcji Rozbudowy Miasta W-wa Północ, zasłużony w dzia­le odbudowy i rozbudowy Warsza­wy.
ZMARLI
15 sierpnia — JOZEF MONIŃSKI, członek syndykatu Dziennikarzy Łódzkich SDPRP, były członek Międzynarodowej Organizacji
Dziennikarskiej, współzałożyciel i honorowy skarbnik LK OZK w Warszawie. Zmarł w Portugalii.
25 września — ALEKSANDER ZIEMSKI, mgr inż. leśnik, b. do­radca Ministra Leśnictwa, b. nad­leśniczy, pracownik IRL, dyrektor szkoły leśnej w Zagórzu, członek Stow. NOT, Ligi Ochrony Przyro­dy, oficer, uczestnik I i II wojny
Co nowego w Warszawie?
Sofia « stolicy
Warszawa otrzymała niedawno nowy z na­zwy i wystroju, ale sta­ry jeśli chodzi o usytu­owanie lokal gastrono­miczny. Jest nim restau­racja „Sofia" mieszczą­ca się przy placu Po­wstańców Warszawy, a podlegająca WSS
10
W związku z 30 rocznicą ogłoszenia wyroku Międzynarodowego Trybu­nału Norymberskiego, przed którym przywódcy III Rzeszy odpowiadali jako organizatorzy agresji, ludobój­stwa i innych zbrodni wojennych — odbyła się w Warszawie sesja nau­kowa, zorganizowana przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerow­skich w Polsce. W sesji uczestniczy­li wybitni przedstawiciele nauk prawnych, działacze polityczni i spo­łeczni, członkowie Komisji oraz pol­scy uczestnicy procesu: członek de­legacji PRL w Norymberdze prof. Tadeusz Cyprian, świadek na pro­cesie Seweryna Szmaglewska, ów­cześni korespondenci prasy polskiej z rozprawy. Uczestnicy obrad sesji podkreślili znaczenie procesu norym­berskiego dla ujawnienia całemu światu prawdy o zbrodniach hitle­rowskiego faszyzmu, jak również ko­nieczność aktywnych działań na rzecz przyjęcia przez wszystkie pań­stwa konwencji ONZ z 1968 roku w sprawie nieprzedawniania zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludz­kości. Jak stwierdził dyrektor Głów­nej Komisji Czesław Pilichowski, bardzo wielu zbrodniarzy wojen­nych pozostało dotychczas bezkar­nych, a więc i w aspekcie ścigania zbrodniarzy hitlerowskich — wyrok norymberski nie jest jeszcze zamk­niętym rozdziałem historii wymiaru sprawiedliwości.
Członek Biura Politycznego KC. I sekretarz KW PZPR Józef Kępa przeprowadził rozmowę z przebywa­jącym w Polsce I zastępcą przewod­niczącego Państwowego Komitetu ds. Nauki i Techniki Rady Ministrów ZSRR Dmitrijem G. 2imierinem. której tematem były sprawy związa­ne z organizacją Dni Radzieckiej Nauki i Techniki, które odbędą się w Polsce w kwietniu przyszłego ro­ku. Imprezy w ramach „Dni", a szczególnie wystawa w Pałacu Kul­tury i Nauki w Warszawie, dadzą
możliwość bliższego zaznajomienia się szerokich kręgów społeczeństwa z osiągnięciami radzieckiej nauki i techniki.
Na kolejnym posiedzeniu Rady Ochrony Pomników Walki i Męczeń­stwa, która obradowała pod prze­wodnictwem min. Janusza Wieczor­ka, omawiano rolę szkolnych izb pa­mięci narodowej w ideowym i pa­triotycznym wychowaniu młodego pokolenia. Jest tych izb obecnie w kraju około 4 tysięcy, zgromadzono w nich wiele, nierzadko unikalnych dokumentów przeszłości związanych głównie z tradycjami walk narodo­wowyzwoleńczych.
W stolicy obradowało plenum Za­rządu Głównego Związku Inwalidów Wojennych, w którym uczestniczył także minister ds. Kombatantów gen. dyw. Mieczysław Grudzień. Tematem obrad była ocena tegorocznej dzia­łalności Związku oraz nakreślenie zadań na najbliższy okres w świetle uchwały VII Zjazdu PZPR.
Obrady plenarną KD PZPR Moko­tów poświęcone były omówieniu problemów pracy kulturalnej w dzielnicy. Mokotów staje się coraz bardziej znaczącym ośrodkiem na mapie kulturalnej stolicy: wzrasta zasięg oddziaływania placówek kul­turalnych oraz liczba uczestników różnych imprez, czego przykładem może być tegoroczna Mokotowska Wiosna Kulturalna, w której wzięło udział ponad 75 tysięcy osób. Wiele mokotowskich placówek kultural­nych ma znaczenie ogólno warszaw­skie i ogólnopolskie, np. Muzeum w Wilanowie, Muzeum Xawerego Duni­kowskiego, Teatr Nowy, Warszaw­skie Towarzystwo Muzyczne. W ob­radach plenum uczestniczyła se­kretarz KW PZPR Jolanta Matusze-wicz, a prowadził je I sekretarz KD PZPR Jerzy Zieleniewski. Referat egzekutywy wygłosił sekretarz KD PZPR Jacek Grabowski.
Pr;eaiod/iiczqci/ delegacji polskiej Edward Gierek podpisuje tekst Deklaracji
* Fot. CAF
NARADA DORADCZEGO KOMITETU POLITYCZNEGO PAŃSTW-STRON UKŁADU WARSZAWSKIEGO
W dniach 25—26 listopada 1976 r. w Bukareszcie odbyła się narada Do­radczego Komitetu Politycznego Państw — Stron Układu Warszawskiego o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej. W skład delegacji polskiej, której przewodniczył I Sekretarz KC PZPR Edward Gierek, wchodzili: członek Biura Politycznego KC PZPR, Prezes Rady Ministrów Piotr Jaro­szewicz, członek Biura Politycznego sekretarz KC PZPR Edward Babiuch, członek Biura Politycznego KC PZPR, minister Spraw Zagranicznych Ste­fan Olszowski, sekretarz KC PZPR Ryszard Frelek i członek KC PZPR, kierownik Kancelarii Sekretariatu KC Jerzy Waszczuk. Na naradzie do­konano wymiany poglądów na temat aktualnych problemów dalszej walki o pokój i pogłębienie procesu odprężenia międzynarodowego, o umacnia­nie bezpieczeństwa, o rozwój wzajemnie korzystnej współpracy w Euro­pie. Uczestnicy narady Doradczego Komitetu Politycznego przyjęli de­klarację „O nowe perspektywy odprężenia międzynarodowego, o umoc­nienie bezpieczeństwa i rozwój współpracy w Europie". W celu dalszego doskonalenia mechanizmu współpracy politycznej w ramach Układu, przy­jęto uchwalę o powołaniu — jako organów Doradczego Komitetu Politycz­nego — Komitetu Ministrów Spraw Zagranicznych i Zjednoczonego Sekre­tariatu. Doradczy Komitet Polityczny wysłuchał także sprawozdania szefa sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw — Stron Układu Warszawskie­go z działalności Zjednoczonego dowództwa.
.CZŁOWIEK—ŚWIAT—POLITYKA'
W listopadzie trwała dekada książ­ki społeczno-politycznej. Przygoto­wano wiele imprez popularyzujących piśmiennictwo społeczno-polityczne, do obchodów szczególnie przygoto­wały się „Domy Książki". Wśród wydawnictw znajdują się pozycje przekazujące polskim czytelnikom dorobek teoretyczny i myśl politycz­ną przywódców bratnich partii: Leo­nida Breżniewa, Ericha Honeckera i Todora Żiwkowa oraz kilka intere­sujących pozycji na temat stosun­ków polsko-radzieckich, także wiele tytułów związanych z historią pol­skiego ruchu robotniczego. We współpracy wydawców krajów so­cjalistycznych ukazała się seria „Krytyka burżuazyjnej ideologii".
W Wydawnictwie MON — wiele edycji z zakresu historii najnowszej
oraz współczesności np. Kazimierza Urbanowicza „Ocean Indyjski", Bo­gusława Kołodziejczaka „Co będzie Jutro", a w najbliższym czasie uka­żą się m. in. Tomasza Sobańskiego „Zbrodnie, kary i kariery", Alek­sandra Wasilewskiego „Dzieło całe­go życia".
Interesująco przedstawiają się se­rie KAW „Kontynenty", „U przyja­ciół" — w których wydano wiele no­wych pozycji. Współredagowana z APN seria „KAW-APN*' wzbogaciła się m. in. o tom pt. „Kultura, nau­ka, oświata w ZSRR", a w serii „Dokumenty" ukazały się „Udział Polaków w zwycięstwie nad faszyz­mem 1939—1945" i „Historia polskie­go rewolucyjnego ruchu robotnicze­go 1918—1948".
(ir)
„STOLICA" — HENRYKOWI SIENKIEWICZOWI
Numer 50 naszego pisma z dnia 12 grudnia br. poświęcony będzie Henrykowi Sienkiewiczowi. Znajdzie się w nim szereg interesują­cych materiałów m.in. „Sienkiewcz — zawsze żywy" Tomasza Bu-rzeckiego, biogram pisarza pióra Eugeniusza Boczka, artykuł wnucz­ki twórcy Trylogii — Marii Korniłowiczówny, w której m.in. po­rusza sprawę skandalicznego skrótu wydania po francusku „Quo va-dis" w i960 r. Znajdziemy także w numerze „Pana Sienkiewicza w kinematografie" czyli ilustrowaną zdjęciami opowieść Marii Olek-siewicz o ekranizacjach jego dzieł. Prowadzeni przez Ewę Dobrowol­ską — odwiedzimy warszawskie mieszkania Sienkiewicza, aby zna­leźć się potem razem z Pawłem Knothe (tekst) i fotoreporterem ..Stolicy" Konstantym Jarochowskim w Oblęgorku — dziś. Z kolei Władysław Grzelak ukaże nam ową siedzibę, gdy gościł tam razem z Melchiorem Wańkowiczem przed 20 laty. W numerze znajdzie się też rozszyfrowanie zagadki: kto był prototypem Stasia Tarkowskie­go i zostaną po raz pierwszy opublikowane reprodukcje rysunków z teki niedawno zmarłego artysty malarza Władysława Vilio-Vetesco; będą to lustracje do „Krzyżaków", „Potopu", „Ogniem i Mieczem". A na okładce pojawi się portret Sienkiewicza pędzla Kazimierza Pochwalskiego.
Mamy nadzieję, że numer ter. będzie interesujący i szczególnie przydatny nauczycielom i starszym uczniom szkolnym.
SPROSTOWANIE
W nr 48 „Stolicy", na str. 3 w podpisach pod zdjęcia z Walnego Zgromadzenia Delegatów Towarzystwa Przyjaciół Warszawy chochlik przestawił litery, czy­niąc ze skrótu TPW — skrót TWP. Serdecznie za ten błąd przepraszamy To­warzystwo Przyjaciół Warszawy i Czytelników.
AEG
MINIONY SEZON (3)
Zawsze podziwiamy funkcjonowanie totalizatora na torze wyścigowym w Warszawie; chociaż obroty zwiększają się co roku — wypłaty podawane są jak zawsze regularnie i bardzo szyb­ko. Jest to jedno z najsprawniej dzia­łających biur totalizatora w Europie mimo tego, że na torze służewieckim nie ma maszyn elektronicznych. Słu­żewiec bije na głowę wiele renomo­wanych torów, gdzie takie nowocze­sne urządzenia się znajdują, wypła­ty dokonywane są tam nawet z opó­źnieniem jednej gonitwy; można so­bie wyobrazić co by u nas publicz­ność powiedziała na taki stan rzeczy.
Oczywiście, maszyny elektroniczne ogromnie przydałyby się na warszaw­skim torze, zaoszczędzając pracę wie­lu ludzi i zmniejszając kłopoty dzia­łu totalizatora, którego pracownikom należą się słowa uznania za wyjątko­wo trudną i efektywną działalność. W hierarchii potrzeb krajowych dość spory wydatek w dewizach na zauto­matyzowane urządzenia totalizatora jest przesuwany na dalszy plan, są­dzimy, że Służewiec otrzyma jednak W najbliższych latach maszyny elek-
troniczne, gdyż przy zwiększającej się stale frekwencji publiczności nadej­dzie kres możliwości tradycyjnego wykonywania obliczeń.
Sprawą skomplikowaną wydaje się także dalsze zwiększanie ilości kas totalizatora — bez trybuny III, zajętej bezprawnie na magazyn przez ARUK. Jeśli będziemy mówili o unowocześ­nianiu warszawskiego toru wyścigo­wego bez stwarzania po temu odpo­wiednich możliwości będzie to za­chłystywanie się słowami bez pokry­cia. Sądzimy, że zarówno przy zaku­pie niezbędnych nowoczesnych urzą­dzeń totalizatora, jak i przy koniecz­nym wyeksmitowaniu wreszcie ARUK-u (którego dyrektorzy nic so­bie nie robią z wyroków) z trybuny III rzeczywistą pomoc okaże Minister­stwo Rolnictwa. Zdajemy tu sobie również sprawę ze skali wartości i z hierarchii potrzeb, nie trzeba tylko zapominać, że rosnące stale obroty totalizatora, które osiągnęły w sezo­nie omawianym 700 milionów złotych, zwiększą się zapewne w przyszłym roku do niebagatelnej cyfry 800 czy 900 milionów zł, a w najbliższych ła­tach przekroczą i miliard złotych rocznie! Dalsze eksploatowanie Slu-żewca bez koniecznych inwestycji po prostu nie będzie możliwe.
Nic tu nie pomoże sprawna organi-
zacja, wyścigi warszawskie są prze­prowadzane wzorowo pod tym wzglę­dem i za to trzeba pochwalić zespół pracowników, sędziów, itd. (podzię­kowanie należy się p. Teresie Czyż, kierownikowi mityngu, od której działalności wiele zależy, a mało się o niej wie).
Zatrzymaliśmy się trochę nad nie­którymi sprawami technicznymi, gdyz część publiczności skłonna jest do pochopnej i powierzchownej krytyki oraz formułowania ogólnikowych, słusznych nieraz, ale nie liczących się z rzeczywistymi możliwościami, wniosków.
Przejdźmy bezpośrednio do wyści­gów. Wspomnieliśmy w poprzednim sprawozdaniu o zamiarze podjęcia pe­wnej charakterystyki jeźdźców Słu-żewca. Zawsze jest to niełatwe zada­nie, przy omawianiu minionego sezo­nu tym bardziej skomplikowane, że obserwowaliśmy kilku utalentowa­nych jeźdźców, a wśród nich takich, którzy przejawiają tendencję do nie­równej formy.
Niekwestionowane jest pierwsze miejsce, które należy się dż. M. Meł-nickiemu. W technice jazdy jest bez­konkurencyjny na Służewcu, sukce­sy ułatwia mu naturalna, niska waga. Taktycznie znacznie się poprawił, po pobycie w RFN, gdzie miał do czy-
nienia z różnymi rozgrywkami tak­tycznymi i stylami jazdy. Główna broń dż. Mełnickiego, poza nienagan­nym prowadzeniem konia, wyczuwa­niem go, to „serce do walki", rzetel­ność tworząca kapitał zaufania u pu­bliczności.
Klasyfikacja na dalszych miejscach nie Jest tak prosta. Pewien zawód sprawił dż. Mazurek, którego uważa­my za jeźdźca bardzo utalentowane­go. W sezonie ubiegłym nie błyszczał, kilka jazd miał doskonałych, lecz o-gólnie raczej ginął w przeciętności torowej. Być może nie bez wpływu na tę sytuację pozostawał fakt dosia­dania na ogół przez dż. Mazurka słab­szych koni. Mówiąc szczerze bardziej podobali się nam młodsi, dopiero się­gający po ostrogi dżokejskie: A. Ty­licki, J. Ochocki, J. Krajewski, R. Sadowski. Natomiast z osobą dż. Ma­zurka łączy się zaszczytna opinia so­lidnej jazdy, co nie zawsze da się po­wiedzieć o każdym z naszych czoło­wych dżokejów. A Tylicki, J. Ochoc­ki, J. Krajewski i R. Sadowski są wy­soce uzdolnieni, tym bardziej muszą uważać, żeby na progu kariery wyś­cigowej nie popsuć sobie reputacji, już dziś zaawansowani technicznie, po nabyciu koniecznego doświadczenia i umiejętności taktycznych staną się przodującymi dżokejami Służewca.
(d.c.n.)
11
U KLASYKÓW
światła na problem niezmiernie doniosły kształtowania się osobo­wości twórczej młodego Mickie­wicza, a „chodzi przede wszyst­kim o to, czy genezę poglądu na świat Mickiewicza, a więc poglą­du romantycznego — jego histo-riozofię, patriotyzm, kult poezji, a zwłaszcza poezji narodowej — można wiązać z Grodkiem". Wy­wody Mężyńskiego przeczą takiej hipotezie w sposób przekonywa­jący.
Grodek nie darzył Mickiewicza życzliwością, uznał go przecież nawet za „nieusposobionego" do objęcia posady zwykłego nauczy­ciela. Jednym z powodów tej nie­chęci był fakt, iż Mickiewicz na uczynioną mu przez Gródka pro­pozycję przystąpienia do maso­nerii odpowiedział odmownie. Grodek należał do koterii nie­mieckiej na uniwersytecie, a w Wilnie patriotyzm budził się także w opozycji do Niemców. Właśnie wówczas wśród filoma­tów przeważały siły dążące do upolitycznienia Towarzystwa, wy­suwające odzyskanie niepodległo­ści jako cel naczelny. Kosmopo­lityzm Gródka, jego lekceważenie polskiego patriotyzmu nie mogły się filomatom podobać, nie mó­wiąc o innych powodach natury naukowej i światopoglądowej.
Po „Fredrze i fredrusiach" otrzymaliśmy — w setną rocznicę śmierci twórcy „Zemsty" — no­wą książkę Bogdana Zakrzew­skiego „Fredro z paradyzu" (Ossolineum), zawierającą osiem interesujących szkiców. Aluzyj-ność tytułu tłumaczy autor chę­cią ukazania Fredry jako autora, który pisze dla paradyzu w te­atrze i bardziej dba o jego aplauz.
aniżeli o sądy krytyków. A więc książka przede wszystkim „do czytania", dla szerokiego kręgu czytelników.
Po dziele Harnasa o baroku ukazał się „Renesans" Jerzego Ziomka, obejmujący w zasadzie historię literatury polskiej wieku szesnastego. Te dwie cenne pra­ce — Harnasa i Ziomka — uzu­pełniają się wzajem, ułatwiając czytelnikowi pełniejsze rozumie­nie charakteru literatury staro­polskiej. Cztery obszerne rozdzia­ły książki Ziomka poświęcone są Modrzewskiemu, Kochanowskie­mu, Rejowi i Szarzyóskiemu, ale oczywiście omówiona została również twórczość innych wystę­pujących w tej dobie pisarzy. Szczególnie ciekawe wydają się opinie autora o problematyce ję­zyka polskiego w szesnastym wieku.
Znaczenie Karola Irzykowskie­go w literaturze krytycznej cią­gle wzrasta. Był on — twierdzi Wojciech Głowala we wstępie do wyboru pism literackich Irzy­kowskiego — najwybitniejszym polskim krytykiem literackim pierwszej połowy naszego stule­cia i nawoływał do poszerzenia wiedzy o jego twórczości.
Życzeniu temu staje się po tro­sze zadość, ostatnio bowiem po­częły się ukazywać „Pisma" Irzykowskiego pod redakcją An­drzeja Lama. Wydany obecnie tom obejmuje „Słonia wśród por­celany" oraz „Lżejszy kaliber".
T. S.
Wydany niedawno w opraco­waniu Mariana Bizana dość ob­szerny tom „Wierszy i poematów" Juliusza Słowackiego (Państwowy Instytut Wydawniczy) zawiera — słowa edytora — wszystkie najpiękniejsze, najbardziej znane czy najbardziej charakterystycz­ne utwory drobne, a zatem kla­syczny niejako kanon twórczości: niektóre juwenilia i lirykę pow­stańczą, refleksje szwajcarskie, strofy o Paryżu i Rzymie, pokło­sie podróży na Wschód, naj­wspanialsze okruchy okresu mi­stycznego, wiersze patriotyczne, epigramaty...
I jeszcze Słowacki. Monumen­talna edycja „Dziel wszystkich" Słowackiego pod redakcją Juliu­sza Kleinera i Władysława Flo-ryana (Ossolineum) — wielkie osiągnięcie polonistyki — dobie­gła końca.
Prace nad krytycznym wyda­niem rozpoczęto pod kierunkiem Juliusza Kleinera w roku 1921, w roku następnym przystąpiono do druku tomu pierwszego. Woj­na uniemożliwiła kontynuowanie wydawnictwa, wszystko zaś, co zdążono opublikować do 1939 ro­ku, uległo zniszczeniu. Po wojnie rozpoczęto prace nad wydaniem drugim, którego tom pierwszy ukazał się w roku 1952. Redak­cją naczelną kierował nadal prof. Kleiner, później objął ją
Władysław Floryan. Obecnie otrzymaliśmy tom siedemnasty, z dodatkiem, jak i w pozostałych tomach, bibliografii Wiktora Hanna, uzupełnionej w tomie ostatnim przez K. Hahn-Tarchal-skiego i Halinę Gacową.
Ze szczerą radością trzeba po­witać rzetelną i odkrywczą pracę Kazimierza Mężyńskiego „Got­fryd Ernest Groddeck. Profesor Adama Mickiewicza". Podtytuł tej monografii głosi, że jest to próba rewizji. I jest nią rzeczy­wiście. Autor, świetny znawca dziejów uniwersytetu wileńskie­go, charakteryzuje działalność Gródka (taką przyjął pisownię tego nazwiska) na obszernym tle stosunków naukowych, społecz­nych i politycznych. Zajmuje się nie tylko Grodkiem. Inni współ­cześni, nauczyciele, koledzy, zna­jomi Mickiewicza, których na­zwiska spotykamy na kartach książek poświęconych poecie, do­czekali się tu również wnikliwe­go omówienia ich charakterów i działalności. To omówienie zaś kruszy niejedną legendę, przynosi wiele wręcz rewelacyjnych usta­leń, boć dotąd każda nawet naj-ostrożniejsza próba rewizji — zwłaszcza w odniesieniu do sa­mego Gródka — wywoływała natychmiastową reakcję krytycz­ną.
Praca Mężyńskiego rzuca dużo
POZIOMO: 1) Fryderyk (1792—1866), ekonomista i li­terat, autor Pamiętników Seglasa. 2) od pl. Trzech Krzyży do Krakowskiego Przedmieścia # architekt, twórca Domu Towarowego Braci Jabłkowskich (także nazwisko znanego warszaw­skiego przemysłowca). 3) profesja Heleny Modrzejew­skiej. 4) częściowe poraże­nie mięśni ruchowych 0 Kargul dla Pawlaka. 5) ba­wienie się, żartowanie (albo lekceważenie). 6) Konop­nicka i Dąbrowska # tłum. 7) kwiaty jesieni. 8) Cygan­ka z Chaty za wsią. 10) au­tor Solaris 11) czynny wul­kan na Mindanao. 13) po­ziomy drążek do ćwiczeń gimnastycznych. 14) zwój papy # zakończenie lassa. 15) bohater spod Troi (wy­mordował barany) # w po­bliżu Baszty Prochowej. 16) matecznik. 17) wędrówka dusz, metempsychoza. 18) kraj azjatycki # rządzona przez cara. 19) Niagara. 20) awantura • Riviera (poto­cznie).
PIONOWO: 1) warszawski teatrzyk ogródkowy (istniał do r. 1880) opisany w po­wieści Reymonta Kome­diantka (lub warowna rezy­dencja w Hiszpanii). 2) Ironside # nowe osiedle warszawskie (w budowie). 3) dzielnica nędzy w przed­wojennej Warszawie. 5) centralny punkt czegoś # tam grypa szaleje. 7) chro­nione rośliny o długich płożących się pędach • pos­pólstwo. 9) Dziesięcioletni # figle, psoty. 11) napisała książkę # dzieło. 12) bywa następstwem bezczynności. 13) angielski tytuł szlache­cki # rozśpiewany zespół
Na ulicy Wandy na jarzębi­nach żerują nawet kwiczoły.
Fot. W. Pawłowski
szwedzki (gościł w Warsza­wie). 14) lina między stat­kiem a nabrzeżem. 15) w nich znaczki # państwo. 16) solowe partie w operze. 17) miodu lub na odciski. 18) na czele zespołu Polityki 19) akompaniowanie. 20) nie-eleganckie określenie leka­rza.
Litery z ponumerowanych kratek, czytane kolejno, utworzą hasło-fragment
wiersza Kajetana Jaksa Marcinkowskiego.
Ren
Pomiędzy czytelników,
którzy w ciągu 10 dni od daty ukazania się pisma nadeślą pod adresem re­dakcji (na kartach poczto­wych z dołączonym kupo­nem) rozwiązanie krzyżówki i hasła, rozlosujemy KSIĄŻ­KI.
ROZWIĄZANIE WIROKRZY2ÖWKI Z NR 39
„Król Zygmunt na kolum­nie..."
Prawoskrętnie: Kiliński, Zapolska, rozmaryn. Bcllot-ti, Borowski, Baryczka, Kierbedź, Jagiełło, indukcja, Antygona, parowiec, maciej­ka, szarotka.
Poziomo: Iława, Orkan, mróz, parni. Locci, Ostra, Romeo, Irena, ujma, lipa, yeti, osada, żaba, róża.
Pionowo: fale, okno, góra, ssaki. Sucha, ruten, tuman, ster, zima, epika, łatka, oracz, IkaT. jeże.
NAGRODY
Za prawidłowe rozwiąza­nie krzyżówki z nru 39 na­grody książkowe wylosowa­li: Roman Zuc!'~wicz — Tarnów, Aleksandra wi­no wska — Bydgoszcz, Han­na Jarosz — Konin, K. Wa-sażnik — Warszawa, Bogu­sław Wiśniewski — Puławy, Danuta Gryszkiewicz — Warszawa, Ł.va Pieczonka
 Łódź, Andrzej Grobelski
 Lublin, Ludmiła Bielska
 Toruń, Laura Szarfen-berg — Warszawa.
OKIENKO WARSA
4 15 16 17 18 19 20
JERZY POŁOMSKI
WARSZAWO, MOJA WARSZAWO
Mój wielki sentyment do „Sto­licy" trwa od bardzo dawna, wła­ściwie od momentu przeczytania pierwszego numeru pisma, na którego okładce zobaczyłem zdję­cie odbudowanego Belwederu. Pismo było wówczas dwukrotnie większego formatu niż dzisiaj i miało inne liternictwo w tytulr-„Stolica" odegrała znamienną ro­lę w moim życiorysie, bo określi­ła przyszłe zainteresowania ucz­nia szkoły podstawowej w rodzin­nym Radomiu. Przeglądając ko­lejne numery „Stolicy", na które tak jak i dziś czekałem z niecier­pliwością, byłem wstrząśnięty zniszczeniami Warszawy dokona­nymi przez okupanta. Ze stronic tego pisma poznawałem Warsza­wę i jej problemy, zanim w parę lat później mogłem skonfronto­wać swoje wyobrażenia z rzeczy­wistością. Oglądając „Stolicę" nauczyłem się kochać to miasto, ugruntował się we mnie podziw dla niego, chciałem uczestniczyć w jego życiu, a zawód architek­ta, którym wówczas zapragnąłem zostać, wydawał mi się najbar­dziej potrzebny i najbardziej go­dny szacunku.
Faktem jest, że zdałem do Te­chnikum Budowlanego w Rado­miu, ale że życie lubi płatać fi­gle, w rezultacie uprawiam inny zawód. Po skończeniu technikum nie próbowałem już drugi raz zdawać na tradycyjnie przepeł­niony Wydział Architektury Po­litechniki Warszawskiej i... „wy­lądowałem" w Wyższej Szkole Teatralnej przy ul. Miodowej. Zo­stało mi tylko do dziś żywe za­interesowanie sprawami archi­tektury.
Cieszę się i martwię na prze­mian różnymi warszawskimi re­alizacjami. Choć trzeba przyznać, że coraz więcej powodów do za­dowolenia. Ostatnie wielkie in­westycje: trasy komunikacyjne, dworzec, Zamek są na miarę tamtych lat, kiedy powstawała Trasa W-Z, Stare i Nowe Miasto, Trakt Królewski. Denerwują mnie raczej drobiazgi, które po­trafią jednak zepsuć wygląd naj­bardziej efektownej całości. De­nerwuje mnie wandalizm ludzi niszczących posągi w parkach, tłukących lampy uliczne (vide
piękny zieleniec węzła Trasy Ł i Wisłostrady przy Torwarze z dokładnie wy tłuczony mi lampa­mi), demolujących budki telefo­niczne, niechlujstwo kierowców rozlewających bezkarnie beton na asfalcie ulic, brak tabliczek z nazwami ulic na dużych skrzyżo­waniach, gdy budynki są zbyt oddalone itd. itd...
Trudno marzyć o rozebraniu tak kosztownych realizacji jak zupełnie nie dopasowany do mia­sta hotel „Forum", (na szczęście Szwedzi zrehabilitowali się w o-czach warszawiaków hotelem „Victoria"), ale dla mnie osobis­tą satysfakcją byłaby decyzja ro­zebrania fatalnego, ciężkiego, be­tonowego „bunkra", czyli scho­dów widokowych na Gnojnej Gó­rze — tak dokładnie szpecących prześliczną panoramę Starego Miasta od strony Wisły. Dysonans ten powiększy się jeszcze bardziej z chwilą uporządkowania zamko­wych tarasów.
Mam również swoje warszaw­skie marzenie urządzenia w War­szawie panteonu wielkich Pola­ków, który by unaocznił przyby­szom z obcych stron nasz wkład do światowej kultury i nauki. O Polsce wciąż jeszcze zbyt mało się wie na świecie. Są w innych sto­licach takie miejsca, może by więc i u nas? Może park na Po­wiślu, może Pole Mokotowskie wokół Biblioteki Narodowej, mo­że wreszcie Podzamcze lub pro­menada wielkich Polaków na wi­ślanych bulwarach?
Od czasu, kiedy na stałe zwią­załem swoje losy z Warszawą, nie wyobrażam sobie życia poza tym miastem, bez mojego ulubionego, bo najbardziej z warszawskich warszawskiego pisma „Stolica". Warszawianie byli moją pierwszą publicznością, przed którą zdawa­łem swój egzamin aktorski, po­tem piosenkarski. Tu miały miej­sce moje „wzloty i upadki" częs­to odnotowywane w „Stolicy".
Niech więc Ci towarzyszą, „Sto­lico", również i moje najlepsze życzenia jubileuszowe, cotygod­niowy najmilszy gościu mojego domu. Życzę Tobie i Twoim wier­nym Czytelnikom wspólnych, nie­rozerwalnych 100 lat życia.
Na Marszałkowskie)
Fot. H. Jurko Fot. J. Sielski
SZKLANE WATERLOO
kroklimacie wnętrza, z kolei ten mikroklimat o naszym samopo­czuciu, zaś nasze samopoczucie o naszych możliwościach inte­lektualnych, fizycznych etc. Duże tafle szkła powodują nieko­rzystne perturbacje i zimą (na zimno) i latem (na gorąco). Tak w stosunku do ludzi, jak i przedmiotów. Klasycznym przykła­dem może tu być sprawa liczącej sobie 5 tysięcy lat łodzi boga Słońca Ra, znalezionej w roku 1954 podczas prac archeologicz­nych w pobliżu piramidy Cheopsa. Dokonawszy pieczołowitej konserwacji, w roku 1971 umieszczono łódź w specjalnie zbu­dowanym muzeum i dzisiaj bezcenny eksponat znajduje się w tragicznym stanie. Jak stwierdzono — przez zastosowanie zbyt dużych tafli szkła, wskutek czego różnica temperatur wewnątrz pomieszczenia między dniem a nocą sięga 50 stopni Celsjusza!
Krajem, w którym najprędzej i najbardziej zafascynowano się ideą „szklanych domów" były Stany Zjednoczone. I tam też, po wielu realizacjach, najwcześniej dostrzeżono pomyłkę w ro­zumowaniu. Rzeczywistość nie spełniła nadziei. Zgoła najcel-niej ujął problem sławny amerykański architekt i krytyk ar­chitektury, wydawca pisma „Architectural Plus'', Peter Blake:
„Szklane pokrywy domów są najracjonalniejszą formą wyra­zu XX wieku. Prawda to czy fałsz? Fałsz. Każdy nowoczesny architekt kocha szkło. Ale też każdego ten szczególny stosunek miłosny wpędził już w kłopoty. Przy wielu rodzajach szkła wy­stępują problemy rozszerzania się i kurczenia, szkło z wielu przyczyn pęka, przepuszcza zbyt wiele zimna lub ciepła oraz tyle światła, że trzeba drogich urządzeń odblaskowych wew­nątrz, by to zrównoważyć".
Obrońcy szklanych elewacji argumentowali, że ich podstawo­wym walorem jest przepiękna „gra odbić'*, że są one lustrami otoczenia. Tym szermował m.in. wielki Mies van der Rohe („Znaczenie szklanej wieży leży w grze odbić") wznosząc dwa głośne szklane wieżowce przy Lakeshore Drive w Chicago. Okazało się jednak, że takie szklane elewacje stają się nie tylko ładnymi lustrami-obrazami, lecz i soczewkami odbijającymi słońce na sąsiednie budynki i nagrzewającymi je tak. że sąsie­dzi smażą się z gorąca i muszą instalować w mieszkaniach pod­wójne urządzenia klimatyzacyjne. A więc i na zewnątrz źle i wewnątrz źle. Sam Mies van der Rohe... nigdy jakoś nie kwa­pił się do zajęcia apartamentu w jednym ze swych szklanych cudów, wolał mieszkać w starym domku o tradycyjnych ok­nach.
Marzenia o „szklanych domach" są piękne, ale zostawmy je w sferze literatury pięknej. Rację miał Blake pisząc: „W rze­czywistym świecie, inaczej niż w świecie teorii, szklane domy pozostawiają sporo do życzenia". WALDEMAR ŁYSIAK
Wielu warszawiaków pamięta zapewne operację, jakiej przed kilku laty dokonano — po wielu awanturach i alarmach pra­sowych — z wieżowcem przy rondzie Waszyngtona. Zmieniono elewację na normalną, z normalnymi oknami, gdyż w zgodzie z elewacją całą ze szkła nieszczęśni mieszkańcy żyć nie mogli i nie chcieli. Był to tylko drobny przejaw ogólnoświatowej klę­ski szkła w budownictwie.
Szklane elewacje stały się przed kilkunastu laty swego rodza­ju wynalazkiem XX-wiecznej architektury, szczytem elegancji i mody i rozpoczęły triumfalny marsz przez kontynenty. Po około dziesięcioletniej eksplozji szkła ożenionego z aluminium i masami plastycznymi, nastąpiło załamanie się tego „nowoczes­nego" trendu i świat zaczął się z wolna odwracać od lekkich kur­tynowych elewacji, w których szkło było elementem dominu­jącym.
Dlaczego? Próbowano tłumaczyć to na wiele sposobów. Że jest to zjawisko polegające na rytmicznej kontrze kulturowej — po surowym fanatyzmie średniowiecza, wybuch radosnego renesansu, po pornograficznej rozwiązłości Dyrektoriatu, oby­czajowy purytanizm Konsulatu itd. Na tej zasadzie: po oceanie szkła, wielki mur. Próbowano to tłumaczyć także nawrotem do budownictwa bardziej „fortecznego" (esej Noya w „Die Zeit" z 6 IV 1973), odporniejszego od szkła na terrorystyczne zama­chy. Ale przecież nie we wszystkich krajach wybuchają bomby i mają miejsce regularne bandyckie napady, a zjawisko jest ogólnoświatowe. Fakt, lawinę szkła dogoniła lawina żelbeto­wej masywności, szkło — fetysz architektury lat 50-ch i 60-ch utraciło władzę absolutną, lecz przyczyny są inne. Ekonomicz­ne, socjologiczne i psychofizyczne.
Z ekonomiką prosta sprawa — mur o tej samej powierzch­ni jest tańszy od elewacji szklanej. W dobie kryzysu ekonomicz­nego na naszym globie jest to argument niebagatelny. Ale nie najważniejszy. Ważniejszą sprawą jest to. że konstrukcja psy­chofizyczna człowieka stanowi instrument niezmiernie wrażli­wy na operowanie szkłem wobec jej właściciela. Podstawowa rzecz: szkło, jego rodzaj i użyta powierzchnia, decyduje o mi-
chwianej wiary w ostateczne zwycięstwo, ale i wiersze o zde­cydowanym zabarwieniu poli­tycznym, które powstawały w dniach klęski wrześniowej 1939 r., w wyniku wielkich przemian w psychice żołnierzy i załamaniu się w nich wiary w sanacyjne hasła i slogany.
Nie wszystkie utwory przetr­wały niszczący okres czasu i nie wszyscy autorzy przeżyli wojnę. Zachowały się jednak, ponieważ wielu lotników znało te wiersze na pamięć, bo recytowano je na żołnierskich spotkaniach, za­mieszczano na łamach pism lotni­czych w różnych okresach wojny.
Odnalezienie tych zagubionych wierszy lotniczych nie było rze­czą łatwą. Na szczęście do akcji włączył się Oddział Warszaw­ski Związku Literatów Polskich, którego poparcie przysporzyło wielu sojuszników w środowisku twórców. Byli to: Zbigniew Za­łuski, Wojciech Żukrowski, Stani­sław Ryszard Dobrowolski, Jerzy Zagórski i Lesław Bartelski — prezes Oddziału Warszawskiego ZLP.
Pomocną dłoń wyciągnęli ró­wnież polscy lotnicy z Zachodu, którzy znajdują się w różnych stronach świata. Stowarzyszenie
Lotników Polskich w Wielkiej Brytanii — Polish Air Force As­sociation in Great Britain" — przesłało pismo Sekretariatu Ge­neralnego tej organizacji, że w miarę swych możliwości wesprze akcję mającą na celu odtworze­nie lotniczej poezji wojennej z lat 1939—1945. Wszyscy pragną, aby ta — po latach odtworzona wo­jenna poezja lotnicza — była udostępniona szerszemu ogółowi.
Akcja poszukiwania utworów właściwie została zakończona, ale nadal napływają listy ze wszyst­kich niemal stron świata. W tecz­kach redakcyjnych znajdują się wiersze: Jerzego Pietrkiewicza. Pawła Moskwy, Jerzego Faczyń-skiego. Wiktora Budzyńskiego. Jana Rostworowskiego. Leopolda Lewina, Józefa Prutkowskiego. Pawła Wiktorskiego. Janusrj Meissnera, Mieczysława Pawli­kowskiego, Władysława Leny-Ki-sielewskiego i innych oraz wier­sze o tematyce lotniczej, (których nikt dotychczas nie publikował' Jadwigi Drogulskiej. sanitariusz­ki Batalionów Chłopskich.
WtADYSŁAW LENY-KISIELEWSKI
Z OTWARTYCH SZKATUŁ
WOJENNA POEZJA LOTNICZA
.....Niech świeci na ziemi poboż­ne stąpnięcie. Nasz pierwszy skok z maszyny na zmęczone trawy. Niech to będzie wsłuchane VD nasz przylot Okęcie Jak wyciągnięta ku nam wierna dłoń Warszawy"*
Było to niemal rok temu, kie­dy tygodnik „Stolica" zaapelował do swoich Czytelników o nadsy­łanie wierszy lotniczych z II woj­ny światowej, dla których za­brakło miejsca w wydanej przez PIW antologii „Poezji Polski Walczącej 1939—1945".
Widocznie nikomu nie przyszło do głowy, że polscy lotnicy nie tylko latali, ale i pisali wiersze.
Apel, ogłoszony w Polskim Ra­diu, Telewizji i szeregu czaso­pism, został podjęty przez redak­cję lotniczego pisma „Wiraże" pod hasłem „"Zagubiona karta". Nie wróżono nic dobrego. Wielu lu­dzi powtarzało, że będą to wier-
sze „czysto" lotnicze, że będą grafomańskie, których dotąd nikt nie chciał drukować, a wreszcie, że po tylu latach nie da się ze­brać wierszy lotniczych, rozsia­nych po wszystkich krańcach świata.
Przepowiednie okazały się błęd­ne. Po dziewięciu miesiącach po­szukiwań, akcja zakończyła się pełnym sukcesem.
Była to pierwsza w historii kultury lotniczej udana akcja, mająca na celu zebranie poetyc­kich utworów, które towarzyszy­ły polskim lotnikom na wszyst­kich frontach w II wojnie świa­towej. Na Wschodzie i na Zacho­dzie. Warto tutaj dodać, że były to wiersze posiadające nie tylko walory literackie, ale będące za­razem dokumentem czasów woj­ny.
Są wśród tych prac nie tylko utwory patriotyczne, pełne nieza-
' Fragment wiersza Pawła Moskwy, lotnika Dywizjonu Hombow-go Zic mi Mazowieckiej.
14
płytki ceramiczne. Jedno­cześnie w pracowni rzeź­biarskiej kończy się re­konstrukcję tzw. akro-terii, które będą ozdabiać dachy niektórych skrzy­deł Zamku.
Odlewnicy z Gliwickich Zakładów Urządzeń
Technicznych, wykonaw­cy zrekonstruowanego Pomnika Grunwaldzkiego realizują obecnie zamó­wienie dla Zamku Kró­lewskiego w Warszawie. Są to odlewy z brązu 12 popiersi — Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz osób związanych z dworem ostatniego króla Polski.
Popiersia te — zbliżone do wielkości naturalnej — odlewane są w brązie według oryginalnych gip­sowych popiersi, znajdu­jących się w Pałacu Ła­zienkowskim.
Osiem z nich stanie w korytarzu, biegnącym wzdłuż sypialni królew­skiej i Sali Audiencyjnej. W osobnej niszy umiesz­czone zostanie popiersie króla Stanisława Ponia­towskiego.
500 lat Cechu
We wrześniu br. Cech Kuśnierzy, Rękawiczni-ków i Garbarzy m. st. Warszawy obchodził Ju­bileusz 500-lecia istnie­nia.
W czasie uroczystości Sesji Cechu na ręce prze­wodniczącego Rady Cen­tralnego Związku Rze­miosła p. St. Lenczew­skiego złożono deklarację o przekazaniu na odbu­dowę Zamku Królewskie­go w Warszawie kwoty 50 tys. zł.
Z okazji Jubileuszu zor­ganizowano również wy­stawę prezentującą umie-
jętności zawodowe zrze­szonych w Cechu rzemie­ślników.
Wpłaty z kraju
 5000 zł — Franciszek Ko-nat z Warszawy
 5115 zl — Pracownie Sztuk Plastycznych, Oddział wc Wrocławiu (składki za VIII 1976 r.)
 610 000 zt — Centrala Zao­patrzenia Materiałowego Przemyślu Budowlanego w Warszawie
 5000 zł — Spółdzielnia Rze­mieślnicza Wielobranżowa w Legnicy
 5000 zl — Warszawska Spółdzielnia Ogrodniczo-Eks-portowa, Zakład Przetwór­stwa Owocowo-Warzywnego w Warszawie
 20 000 zl — Warszawska Spółdzielnia Ogrodnicza, Za­kład w Nowym Dworze Ma­zowieckim
 1900 zl — Kombinat PGR Rusocin, Zakład Rolny w Bąkowie (czyn społeczny w akcji żniwnej Hufca OHP)
 1496 zl — Spółdzielnio In­walidów „Zawrat" w Zako­panem (składki za VIII. 1976 r.)
 1343 zl — WZGS „Samo­pomoc Chłopska", Zarząd Obrotu Rolnego w Olsztynie (składki pracowników za VIII. 197(5 r.)
 2300 zl — Cech Rzemiosł Różnych w Złotowie
 2400 zł — Komisja Spół­dzielni Uczniowskich Warsza­wa — Ochota
2.000 zł — W imieniu zmar­łych Haliny i Eugeniusza llmurzyńskich złożyła córka 1.668 zł — Spółdzielnia Inwali­dów „Zawrat" w Zakopanem kolejna składka 936 zł — Spółdzielnia Pracy Specjalistów Rentgenologów w Warszawie, kolejna skład­ka.
Wpłaty zagraniczne
Państwo Feliks i Władysława Klejnowscy z Chicago 40 doi. na Zamek i 20 doi. na Cen­trum Zdrowia Dziecka.
Stan kont
Na konto krajowe w PKO do dnia 26 listopada 1976 r. wpłynęło 561.904.945.26 złotych.
Na konto dewizowe w Ban­ku PeKaO wpłynęło 6S2.360.70 dolarów.
Numery kont
Obywatelski Komitet Odbu­dowy Zamku Królewskiego w Warszawie PKO I Oddział Warszawa Nr 1531-3030-132.
Oprocentowane konto de­wizowe Banku PeKaO Nr E-100-700,
Prace na Zamku
We wnętrzach Zamku Królewskiego trwają in­tensywne prace wykoń­czeniowe. Pozłotnicy po zakończeniu złoceń w Sa­li Audiencyjnej i kaplicy przeszli do Sali Canaletta i sypialni królewskiej. W kilku pomieszczeniach pracownicy fabryk me­bli w Bydgoszczy i w Nowem rozpoczęli mon­towanie boazerii.
W piwnicach dobiega już końca wyposażenie szatni, na posadzkach specjaliści kładą włoskie
r
1 POCHWAŁA
TOWARZYSTWA
kierunków upowszechniania — upra-wianej w formie czynnej. kultury, szruki, zainteresowań naukowych. Towa­rzystwa rozwijające sensowną działalność mogłyby być, czy raczej powinny być peł­noprawnym partnerem zetatyzowanych in­stytucji kulturalnych — upowszechnienio­wych, czy rozrywkowych. Pozytywne doś­wiadczenia pokazują, ie należy czynić wszystko, a na pewno znacznie więcej, by le sprawdzone formy ludzkiej, społecznej i bezinteresownej działalności propagować i popierać. I chyba niesłusznie czynią nie­które czynniki terenowe, pomniejszają : czy nie doceniając dorobku czy tradycyj­nej działalności tego rodzaju stowarzysza'. O takim podejściu do sprawy mówiono mi m. in. w Nowym Sączu. Działalność tego typu stowarzyszeń, pozu wszystkimi nic wąlplhoymi pożytkami kulturalno-wycho­wawczymi, niesie również dla wielu jed­nostek, dla bardzo wielu jednostek, cenne wartości humanistyczne, daje bowiem lu­dziom satysfakcję, poczucie przydatności, okazję wykazania zdolności, możliwości nie tylko w dziedzinie własnej, zawodowej, ale prywatnej i szerszej zarazem — naz­wijmy to wzniosie duchowej. Taka potrze­ba tkwi w każdym człowieku, jest to zdro­wa i dobra potrzeba.
Przeczytałem niedawno interesujące zdanie w wypowiedzi pewnego męża sta­nu (-elekta): „miejmy większe poszanowa­nie dla prywatnego, osobistego życia jed­nostki".
Można tu dodać, że w naszym ustroju powinniśmy mieć nie tylko poszanowanie, ale możliwość czynnej pomocy, między in­nymi, przez popieranie działalności ludzi z „Towarzystwa".
A więc dorośli i młodzi, wstępujcie do Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, Kazi­mierza, Łowicza, Warki i innych, a znaj­dziecie się w dobrym towarzystwie. WEL
Oczywiście nie chodzi o pochwałę jakie­goś salonowego „towarzystwa", choć do­tyczy ludzi godnych towarzystwa najlep­szego. Mowa będzie o Towarzystwie Przy­jaciół Warszawy, a per analogiam — takż? o innych tego typu stowarzyszeniach. Pisze te słowa pod wrażeniem niedawnego wal­nego zgromadzenia delegatów TPW, pod­sumowującym miniony okres działalności. Siedzącego na sali obrad uczestnika, słu­chającego dyskusji i wypowiedzi, mimo wołi ogarniało uczucie przyjemności i od­prężenia. W sposób naturalny rodziła się także refleksja: „jakie to sympatyczne To­warzystwo". Na czym ta ocena polega, skąd się bierze? Stąd zapewne (zaczynając od podstaw), że to związek całkowicie spo­łeczny, a więc rzeczywiście dobrowolny. Członkowie wstąpili do niego z własnej woli, ponieważ interesuje ich sprawa, lubią ją, chcą coś zrobić, uważają, że ich trud nie tylko da efekty, ale im samym sprawi satysfakcję. Tym bardziej, iż przed­miotem uczuć, troski i starań jest Warszu-wa.~
Naczelną metodą działań Towarzystwa jest dobrowolność. Wynika z niej w spo­sób naturalny bezinteresowność pracy i wszelkich poczynań. Tak więc członkowie organizują, pracują, przemawiają, wystę­pują (aktorzy, muzycy, literaci i in.), malu­ją, rysują i robią sto innych rzeczy — bez­interesownie. A jakość i ilość tych prac oraz imprez, bez żadnego właściwie apara-
tu administracyjnego, wcale nie jest mniej­sza, niż w sytuacjach pociągających za so­bą istnienie dyrekcji z sekretarkami, su-mochodami, marżami, mankami i bóg wie, czym tam jeszcze. Wystarczy przytoczyć nieco danych. Oto w 1975 Towarzystwo zorganizowało 626 imprez publicznych (każda na wysokim poziomie), a na odbu­dowę Zamku potrafiło zebrać do tej pory 11 milionów złotych. Bratnie Mazowieckie Towarzystwo Kultury zorganizowało osiem plenerów dla plastyków, 18 wystw plene­rowych, 14 zbiorowych wystaw plastycz­nych i 3 indywidualne, a jego działalność naukowo-historyczna jest wręcz imponu­jąca.
Przytoczyłem, dla ilustracji, tylko fra­gmenty bardzo szerokiej działalności tych Towarzystw, obejmuje ona bowiem równ,ez takie dziedziny zainteresowań jak historio, architektura, zabytki, urbanistyka, prze­wodnictwo, archeologia, sztuki piękne, in­spiracja wydawnicza, twórczość ludowa itd. A więc każdy kto ma określone zain­teresowania może coś dać z siebie w wy­branej dziedzinie. Wiadomo nie od dziś, że pozytywne doświadczenia pracy tego ro­dzaju społecznych, regionalnych, folklory­stycznych, środowiskowych i innych sto­warzyszeń, powstających na zasadzie wspólnoty zainteresowań, mogą być bardzo ważne, pouczające i pomocne dla naszej ogólnej polityki kulturalnej. Myślę, że po­winien to być jeden z głównych
REDAKCJA: ul. Marszałkowska 8, 00-590 Warszawa, teł. centrali 21-50-58. Redaktor Naczelny: Leszek Wysznacki. WYDAWCA: Warszawskie Wyd. Prasowe RSW „Prasa-Książka-Ruch", Al. Jerozolimskie 125/127, 02-017 Warszawa, tel. 28-89-49. Prenumeratę dla odbiorców krajowych przyjmują Od­działy RS W „Prasa—Książka—Ruch" oraz urzędy pocztowe i doręczyciele — W terminach: — do 25 listopada na styczeń, I kwartał, I półrocze roku następnego i na cały rok następny; do dnia 10 miesiąca, poprzedzającego okres prenumeraty na pozostałe okresy roku bieżącego. Cena prenumeraty: kwartalnej 39 zl; półrocznej 78 zł; rocznej 156 zł. Jednostki gospodarki uspołecznionej, instytucje i organizacje społeczno-polityczne składają za­mówienia w miejscowych Oddziałach RSW „Prasa—Książka—Ruch". Zakłady pracy i instytucje w miejscowościach, w których nic ma Oddziałów RSW oraz prenumeratorzy indywidualni, zamawiają prenumeratę w urzędach pocztowych lub u doręczycieli. Prenumeratę ze /.leceniem wysyłki za granicę, która jest o 50% droższa od prenumeraty krajowej, przyjmuje RSW „Prasa—Książka—Ruch", Centrala Kolportażu Prasy 1 Wydawnictw, ul. Towarowa 28, 00-958 Warszawa, konto PKO nr 1331-71 — w terminach podanych dla prenumeraty krajowej. Rękopisów nie zamówionych redak­cja nie zwraca. Nr indeksu 37 S3C DRUK: Zakłady Wklęsłodrukowa RSW „Prasa-Książka-Ruch". ul. Okopowa 58/72. 01-042 Warszawa. Zam. 1893. J-51. J-28.
15
było jeszcze podziału na szkołę podstawową i li­ceum. Gimnazja były 3-klasowe. Absolwent do­stawał maturę i prawo wstępu na wyższą uczel­nię. To była jak mówi­liśmy „dobra stara bu­da", a że dyrektorem był jeszcze staruszek Witold Wróblewski, więc mówi­ło się, że uczymy się u „Starego Wróbla". Szko­ła mieściła się wtedy przy ulicy Składowej, obecnie Pankiewicza, o-fook, tu gdzie dziś jest bank, był welodrom. Jan Pankiewicz, profesor U-niwersytetu Warszaw­skiego, geolog, był pier­wszym dyrektorem na­szej szkoły, założonej w 1876 roku przez Zgroma­dzenie Kupców m. War­szawy.
Po upadku Powstania Styczniowego rząd car­ski zlikwidował w War­szawie szkoły polskie. Zaczęły znów powstawać po 1870 roku. Najpierw szkoła żeńska Zofii Si­korskiej, potem Tech­niczna Szkoła Kolejowa, a Pankiewicza trzecia, ale pierwsza w Warsza­wie jako polska szkoła 'męska ogólnokształcąca. Do strajku szkolnego nauczanie było w języku rosyjskim, ale w szkole panował polski patrio­tyczny duch.
To nigdy nie była szkoła prywatna, kolejni dyrektorzy Pankiewicz, Trejdosiewicz i Wróble­wski, tylko formalnie
wobec władz carskich występowali jako jej właściciele. Prawdziwy właściciel, Zgromadzenie Kupców w 1912 roku przekazało szkołę Sto­warzyszeniu im. J. Pan­kiewicza, którego człon­kami byli przede wszy­stkim wychowankowie szkoły. W 1918 roku Sto­warzyszenie przekazało szkołę Państwu Polskie­mu. Tak powstało Pań­stwowe Gimnazjum i nu Tadeusza Czackiego ty­pu przyrodniczo-mate­matycznego..
Dyr. Witold Wróblew­ski uczył mnie jeszcze w 1923 roiku geografii gos>-podarczej Polski. „Zacią­gał" trochę z litewska, był już wtedy dobrotli­wym, słabo słyszącym staruszkiem, ale wykła­dów jego słuchaliśmy z zapartym tchem. Za to mocną, choć ojcowską rękę miał jego zastępca, inspektor Eugeniusz So­poćko, nauczyciel mate­matyki. Baliśmy się go, to prawda, ale kochali­śmy go i szanowali, wie­dząc, że jest przyjacie­lem młodzieży.
Po ukończeniu stu­diów przez kilkadziesiąt lat byłem sędzią i w tym zawodzie wzorem dla imnie był Sopocko, suro­wy, ale sprawiedliwy.
Sopoćko został po śmierci Wróblewskiego dyrektorem szkoły, było to już po mojej maturze. Pod jego kierownictwem szkoła w obszerniejszym gmachu przy ul. Kapu­cyńskiej osiągnęła szczyt rozwoju.
To on był w latach okupacji hitlerowskiej nieustraszonym organi­zatorem i realizatorem tajnego nauczania. W jego willi w Komorowie przechowano nie tylko starą kronikę szkoły, ale całe archiwum tajnego nauczania i matur. Tam ukrywał się -po Powsta­niu Warszawskim dawny uczeń, tam mieszkała ro­dzina organizująca na­słuch radiowy.
Po wyzwoleniu Sopoć­ko reaktywował szkołę w gmachu Gimnazjum im. Władysława IV i kie­rował nią prawie do śmierci.
W 1947 roku dla ucz­czenia 70-lecia istnienia szkoły i 40-lecia działal­ności pedagogicznej dyr. Sopocki odbył się pier­wszy po wyzwoleniu zjazd wychowanków. Za­raz po wejściu na salę zobaczyłem dyr. Sopoć-kę, który powitał mnie słowami „Zawadzki, a co teraz robisz?" Byłem zdumiony, że prawie po 25 latach poznał mnie i pamiętał nazwisko, choć
naprawdę chyba jako uczeń tak bardzo mu nie dokuczyłem. Zjazd ufun­dował szkole nowy sztandar na wzór znisz­czonego dawnego sztan­daru, odkopanego spod gruzów szkoły.
Po przyjęciu kolega inżynier Eugeniusz Bart­nik powiedział: —Chyba nie zjechaliśmy się itylko na przyjęcie. Sztandar — to dobrze, dobrze, że przeżyliśmy, ale czy nie powinniśmy pomyśleć, w jakich warunkach, zosta­ły wdowy i dzieci na­szych kolegów. Czy nie powinniśmy pomóc im, nauczycielom i szkole?
I w ten sposób przez Stowarzyszenie Wycho­wanków wróciłem dona­szaj szkoły, do której chodzę do dziś.
Dyrektora się już nie boję, a młodzież, która mogłaby być mymi wnu­kami wręcza mi kwiaty i chętnie słucha o daw­nej tradycji szkoły, albo
0 zawodzie prawnika w ramach rozmów o preo­rientacji zawodowej.
Stowarzyszenie Wycho­wanków, któremu prze­wodzili nieżyjący już wspaniali koledzy: An­drzej Rafalski i Jan Dange! wystąpiło w 1959 roku o reaktywowanie szkoły Czackiego, która od 1950 roku nie istnia­ła, wystarało się, aby polski transatlantyk
otrzymał nazwę „Czacki"
1 opiekował się szkołą^
Sekcja historyczna Stowarzyszenia zebrała bogate materiały, na podstawie których ab­solwent z 1916 roku dr Bolesław Dunikowski przy udziale moim i dy­rektora Eugeniusza Re­ligi;, opracował książkę o szkole, którą przygoto­wuje do druku Państwo­wy Instytut Wydawniczy w serii „Syrenki".
Uczyłem się w tej szkole 4 lata, do 1923 ro­ku. Nosiliśmy najpierw czapki czarne, typu „ma­ciejówka" z zielonymi wypustkami, potem gra­natowe „rondelki", jed­nolite dla gimnazjów państwowych.
Rysunków uczył mnie weteran powstania z 1863 roku, Ludomir Dy-mitrowicz, historii zna­ny poeta Władysław Bu­kowiński ps. Selim, któ­ry jeszcze przed straj­kiem szkolnym deklamo­wał na lekcjach III część ,J3ziadów", za co groził Sybir.
Pamiętam prof. dr. Manfreda Kridla, póź­niej światowej sławy po­lonistę, znakomitego che­mika, profesora SGGW Jana Charabaszewskie-
go, którego zwaliśmy „Karaluchem". Mieliśmy w suterenie na Składo­wej laboratorium chemi­czne, gdzie każdy uczeń miał swoje stoisko ze sprzętem, odczynnikami i palnikiem, i sam prze­robić musiał ćwiczenia i analizy.
Chemię umiałem tak,. że jako student prawnik utrzymywałem się z ko­repetycji, udzielanych studentom medycyny i farmacji, przygotowując ich do egzaminów z che­mii.
Gimnastyki uczył mnie Edmund Nebel, zwany Naczelnikiem, uczył nas ,też szermierki i gier sportowych. W 1910 ro­ku, jeszcze zą caratu, założył tajnie irużynę skautową, potem 27 Warszawską Drużynę Harcerską im. Szymona Konarskiego, w której zdobywałem krzyż har­cerski.
Topografia, terenozna­wstwo i orientacja w terenie, których mnie w drużynie nauczono, bar­dzo przydały mi się na froncie w II wojnie światowej.
Przyrody uczył Ed­ward Gem bo rek, twórca wspaniałej pracowni bio­logicznej. To jedyny ży­jący mój nauczyciel szkolny, który w tym roku odwiedził nas wy­chowanków i szkołę. Do niedawna jeszcze uczył w polskiej szkole na Bie­lanach^ ale nad Tamizą pod Londynem.
Opiekunami drużyny harcerskiej byli też in­spektor Sopoćko i nieo­ceniony lekarz szkolny, doktor Kurtz. Szkoła wychowała nas w duchu patriotycznym, nauczyła ścisłego myślenia, posza­nowania człowieka i pra­cy ludzkiej. Wpoiła w nas poczucie obowiązku, nawyk samodzielnego szukania prawdy.
I miała dziwny dar (trwałego wiązania z so­bą uczniów. Jeżeli udało mi się w życiu zostać posłem na Sejm, człon­kiem władz naczelnych Stronnictwa Demokra­tycznego i wicemini­strem sprawiedliwości, to dobrze wiem, że w dużej mierze zawdzię­czam to swojej szkole.
Tak myślą dawni ucz­niowie z którymi spoty­kam się w Stowarzysze­niu Wychowanków, troszczą się o szkołę, cie­szą z jej sukcesów. Ra­zem z gronem pedago­gicznym starają się utrwalić w szkole świe-itne tradycje jej patrona, Tadeusza Czackiego i Komisji Edukacji Naro­dowej.
KAZIMIERZ ZAWADZKI
U
STAREGO WRÓBLA
Sto lat istnieje już moja szkoła. Państwowe Gimnazjum im. Tadeu­sza Czackiego, które u-kończyłem przeszło pół wieku temu w 1923 roku, obecnie XXVII Liceum Ogólnokształcące im. T. Czackiego.
Te fakty skłaniają mnie do wspomnień i do wyjaśnienia dlaczego do dziś wracam myślami do tej szkoły — i nie tylko myślami.
Do dziś chodzę do tej szkoły, choć już nie jako uczeń, ale jako członek Stowarzyszenia Wycho­wanków.
Wstąpiłem do V klasy Państwowego Gimna­zjum im. T. Czackiego w 1919 roku. Wtedy nie
Z WARSZAWSKIEGO ALBUMU
GMACH POLITECHNIKI, pocztówkę, wydaną w Paryżu przed 1914 rokiem, nadesłała p, Halina Kaczkowska z Warszawy ze zbiorów ojca, prof. Tadeusza Wojno. Fotografię do pocztówki wykonano od strony dziesiejszego placu Jedności Robotniczej. Plac powstał po wybudowaniu gmachu Warszawskiego Insty­tutu Politechnicznego i przez wiele lat zwano go po prostu placem Politechniki. Pierwsza warszawska uczelnia techniczna powstała w 1826 roku z inicjatywy Stanisława Staszica pod nazwa Szkoły Przygotowawczej Instytutu Politechnicznego. W 1898 roku powstała uczelnia rosyjska im. Mikołaja II. Bu­dynek reprodukowany na pocztówce stał się głównym gma­chem tej szkoły. W latach 1905—1908 władze rosyjskie zamknę­ły Instytut za strajki studentów domagających się języka pol­skiego. Polska uczelnia powstała w listopadzie 1915 roku.
(FGJ)
PS. Zwracamy się z prośbą do kolekcjonerów pocztówek o tematyce humorystycznej o skontaktowanie się z naszą redak­cja,, z działem dokumentacji.